16 stycznia 2013

Newsy z Premier League

Bitwa o Anglię: Giganci domagają się finansowego fair play!
Manchester United, Liverpool FC, Arsenal FC i Tottenham Hotspur wystosowały list do Richarda Scudamora – szefa wykonawczego PL, w którym domagają się zmiany prawa. Nowe zasady miałyby zapobiec dominacji najbogatszych i największych klubów takich jak Manchester City czy Chelsea Londyn. Posiadają one nieograniczone zasoby funduszów, które zapewniają im katarskie i rosyjskie kapitały. Te dwa niebieskie kluby mogą przeznaczać niebywałe sumy na transfery, a reszta klubów czasem  nie może sobie pozwolić nawet na najmniejsze wydatki.
  Od razu nasuwa się pytanie: Czy droższe znaczy lepsze?  Według mnie potęga klubu nie zależy od pieniędzy, aby wygrywać  potrzeba ducha walki i zawodników, którzy go posiadają. Pieniądze jak tlen – koniecznie potrzebne, ale w piłce czasem potrafią nieźle namieszać.

Pech kapitana diabłów
Nemanja Vidić w ostatnich czasach zmaga się z problemami zdrowotnymi. Serb wyszedł w podstawowym składzie w niedzielnym spotkaniu z Liverpoolem, był to jego 4 raz w tym sezonie. W 65 minucie doznał kontuzji kolana, mimo walki z bólem musiał opuścić boisko. Po zrobieniu dokładnych badań dowiemy się jak poważna jest kontuzja Vidicia.
W trakcie tego meczu ucierpiał również Ashley Young, którego kontuzja może okazać się bardzo poważna. Jak informuje ‘’The Guardian” zawodnik opuścił Old Trafford o kulach. Z całego serca życzę chłopakom szybkiego powrotu do zdrowia.

Kontrola w klubach
Angielski sanepid przeprowadził kontrolę w angielskich klubach. Po wnikliwej kontroli okazało się, że kluby będą musiały zmagać się z różnymi problemami, które muszą zostać naprawione:

Manchester United: gryzonie, urwane krany, odlatująca ze ścian farba.
Chelsea Londyn: przeterminowana żywność, czystość i jakość naczyń nie spełniała norm
Swansea: na pół surowe kurczaki i przetermionwana żywność
Reading: nie wyrzucone śmieci, martwe insekty i pajęczyny
Fulham i Southampton: gryzonie spowodowały ubytki w ścianach i podłogach
Stoke: musi wymienić brudne worki od odkurzacza
Aston Villa, Wigan, Queens Park Rangers: muszą naprawić klimatyzację

Pomyślnie kontrolę przeszła połowa klubów. Najlepiej wypadł Manchester City, bez obaw można również zjeść i skorzystać z łazienki na meczach Arsenalu, Liverpoolu, Evertonu, Tottenhamu, Newcastle, Sunderlandu czy West Bromwich.

Niektóre z tych problemów są nieszkodliwymi drobiazgami, ale niektóre są kompletnym zaniedbaniem, które zagraża bezpieczeństwu i zdrowiu użytkujących... 





15 stycznia 2013

Poznajmy ich bliżej: Jordan Henderson.

Jaki jest Hendo, każdy widzi. Cóż mogę powiedzieć, od początku nie darzyłam go sympatią z pewnego prostego powodu. Był nazywany następcą Gerrarda, a to do głębi raniło moje zakochane w kapitanie serce. Ale kiedy do informacji publicznej podano domniemane kwoty, za jakie teoretycznie go kupiliśmy, zapaliła mi się żaróweczka ''drogi = będzie dobry''. Poza tym, dzięki temu elegancko i bez szumu pozbyliśmy się N'Gogusia, a jak wiadomo, płakać nie było po czym. No i jeszcze bonusik w postaci utarcia nosa Manchesterowi United, którzy, wierząc powiedzeniu, żeby rudym i łysym nie ufać, bo łysi też kiedyś mogli być rudzi, już wtedy szukali godnego zastępcy Scholesa i dopatrywali się go właśnie w Jordanie.

Przyznaję bez bicia: kiedy przychodził do nas z Sunderlandu, niewiele o nim wiedziałam. Przez chwilę nie potrafiłam nawet zidentyfikować pozycji, na której gra, później okazało się, że jest on szumnie nazywany zawodnikiem wszechstronnym, uniwersalnym, wielofunkcyjnym, multitasking - teoretycnzie środkowy pomocnik, w praktyce też prawoskrzydłowy piłkarz murarz akrobata. Tworzono peany na cześć jego techniki, krótkich podań i przemyślanego wycofania piłki. Cóż, nie minęło wiele czasu, Gerrard nie zdążył zapuścić nawet seksownego trzydniowego zarostu, a kibice już szukali miejsca na wypożyczenie naszego pierwszego transferu w nowym okienku. Chłopak nawet nie miał gdzie pokazać swoich umiejętności, nie był pod grą, ba, zarzucano mu brak pewnego bardzo ważnego elementu męskiego ciała. Nie, nie chodzi o włosy na klacie. Bardzo długo się to nie zmieniało, ale dawałam mu kredyt zaufania, bo młody, bo w pierwszym klubie grał świetnie, bo drogi, bo ładny... W kilku ostatnich meczach zagrał na miarę oczekiwań, przyznaję że sama wpadłam w hendoszał i ponownie zaczęłam pokładać w nim ogromne nadzieje, ale mecz z Manchesterem pokazał, że to chyba ciągle nie jest zawodnik, na którym może spoczywać ciężar gry. JESZCZE nie. Ale gdybyście spytali mnie, czy najpierw sprzedałabym Downinga, czy Hendersona, przehandlowałabym Stu, a Hendo jeszcze trochę ''powychowywała'', mimo tego że mrzonki o nim w roli lidera drużyny już dawno znalazły się w tej samej kategorii co moje mrzonki o zostaniu panią Gerrard.

Tyle ze strony piłkarskiej. A jako że każdy piłkarz ma dwie strony, niektórzy nawet trzy, czas na przegląd życia prywatnego naszego delikwenta. Koniec przeglądu. Niestety, niewiele o nim wiadomo. Oprócz tego, że jest nieśmiały. I nieśmiały. I jeszcze nieśmiały. I dobrze mu w niebieskim.
http://25.media.tumblr.com/920c689fedc5ab0ddaefe08573111f77/tumblr_mf0fvjDnOM1s07727o2_250.jpg
...w Monice Belucci też mu dobrze

http://24.media.tumblr.com/tumblr_m77bk6m9Ba1qj40nfo1_500.jpg
...nie umie grać w piłkę. Na konsoli.
http://25.media.tumblr.com/tumblr_m7oeuuRtog1romyivo1_500.jpg
...jego dziewczyna wcale nie wygląda jak jego mama.
http://25.media.tumblr.com/tumblr_lx0qwmoaX51qcg2ppo1_500.jpg
...jego najlepszym kumplem jest David Meyler, piłkarz Hull City.





...no i ten, no. Nie mam nic na swoją obronę, ale muszę wam to pokazać.


Ah, chcę mieć adres jego fryzjera. Będę wiedziała, gdzie nie wchodzić.

PS.: Naprawdę mi się podobał. Przez dwa dni. Nie bijcie.

13 stycznia 2013

Derby Anglii, czyli Manchester United - Liverpool FC okiem Silene.

Okiem. Drugie oko robiło zadania z matematyki. Generalnie rzecz biorąc, do dzisiejszego poranka nie czułam presji związanej z meczem sezonu, jaki rozpoczynał się punkt 14:30 czasu polskiego. Generalnie rzecz biorąc. Tak naprawdę to... ten, no, jakby mi dali braci Kliczko w koszulkach Manchesteru, rękawicę bokserską i puścili ''You'll never walk alone'' pokonałabym obu.

Przenieśmy się więc w okolice godziny zero. Otóż większość znajomych rozproszyła się po pubach, barach i innych miejscach, w których jest tłoczno, parno, śmierdzi piwem i nie widać, co dzieje się na boisku. Ja natomiast postanowiłam oglądać najważniejszy mecz sezonu kameralnie, bez fajerwerków, w domowym zaciszu. Z odpowiednim stuffem.

Zaczęłam oczywiście od... nie, nie od odmówienia koronki w intencji pokoju na świecie i na boisku. Zaczęłam od sprawdzenia składów. Ok, ja rozumiem, że Carragher niedługo będzie musiał biegać z kroplówką i respiratorem, ale jeżeli chodzi o mecze z United, jest mistrzem w swoim fachu i nie dostawałabym palpitacji w odpowiedzi na akcje w naszej defensywie, gdyby to właśnie Carra był obok Skrtela i Aggera. Bo na przykład taki Wisdom, niby fajny chłopak, a tak się tej piłki boi, że aż dla bezpieczeństwa trzyma dystans trzech metrów od zawodnika, który właśnie ją posiada. Ale przejdźmy do przebiegu meczu. Zaczęliśmy tak, jakby połowy pozamieniały się nam miejscami. Znaczy źle [a zawsze źle kończymy]. A że podobno prawdziwych mężczyzn poznaje się po finiszu, a nie po starcie, wyjątkowo byłam zadowolona z obrotu spraw. Bo, hello, skoro straciliśmy gola w dziewiętnastej minucie, nie mogło być już gorzej! W każdym razie pierwsza połowa zmęczyła mnie. Autentycznie. Już po bramce van Persiego czułam się jak po maratonie. Każda strata Gerrarda to jak pięćdziesiąt przysiadów. A kiedy piłkę dostawał Allen, to już w ogóle miałam puls o szybkości światła. Bo z Allenem to zabawna historia jest. Wiecie, miał być Xabim Alonso, a okazał się Rafałem Murawskim. Oczywiście najpierw się maskował, że niby umie grać i jest dobrym transferem, wszystko wylazło kilka meczów temu. Ale wróćmy może do przebiegu spotkania... Po pierwszej bramce Manchester nie odpuścił, nie dał sobie ani Liverpoolowi nawet chwili oddechu. Wcale mu tego nie utrudniali nasi zawodnicy. O ile Gerrard sam zdołał naprawić swój błąd z dwudziestej drugiej minuty i całkiem udanym wślizgiem wyłuskać piłkę spod nóg Robina, o tyle Allen, największy altruista świata,jedenaście minut później oddał piłkę Welbeckowi i tylko cud, a raczej Agger uchronił The Reds przed stratą drugiego gola. Jednak, jak mówią starzy górale, co się odwlecze, to nie uciecze i omal nie spełniło się to w czterdziestej piątej minucie gry, kiedy Reina po heroicznej interwecji [po czym? Pepe, lad, are you okay?] padł na murawę. Zaznaczyć należy, że strzelał Widsom. Strzelał Kagawą, który wpadł prosto na naszego bramkarza. Jednak do końca pierwszej połowy na tablicy widniało 1:0. Druga połowa również nie zaczęła się zbyt dobrze, a z jedyneczki nagle powstała dwójka. Zero po naszej stronie bez zmian. Czas zapytać: jak bardzo śpiący i nieobecni musieli być piłkarze The Reds, żeby przegapić evrowe metr pięćdziesiąt w kapeluszu i pozwolić mu strzelić głową? Jednak nie ma tego złego, co by na Sturridge'a nie wyszło. Wszedł dobił mocny strzał Stevena i tym sposobem zanotował drugiego gola w drugim meczu pod banderą Liverpoolu. Patrzcie, teraz będzie liryczna Silene: gol ten był niczym pocałunek królewicza złożony na ustach śpiącej królewny. Koniec lirycznej Silene. Mówiąc po mojemu, genialny kopal w liverpoolską dupeczkę. od tego momentu przejęliśmy stery i pięknie zepchnęliśmy gospodarzy na własną połowę. Niestety, presja okazała się niewystarczająca i mimo szaleńczej szarży w końcówce nie udało się doprowadzić do wyrównania.

Mecz ten, mimo wyniku, miał swoje pozytywy [hej,jest niedziela a ja mam czekoladę z migdałami - w takim anturażu wszystko jest pozytywne]. Po pierwsze należy docenić pracę sędziego. Nie spodziewałam się, że kiedykolwiek to powiem, ale Howard Webb spisał się na schwał.

Mam tylko nadzieję, że nie jest to spowodowane tym, że akurat dzisiaj Sir Alex Ferguson zapomniał dać mu dowodu wdzięczności... W porównaniu z ostatnim spotkaniem tych dwóch drużyn, dzisiejsze było wzorem gry fair play i pracy arbitrów. Po drugie nasza nowa zdobycz, nasza znaleziona na ciucholandzie za złotówkę sukienka od Armaniego, nasza rodzynka w serniku, nasz żeton z Pokemonami w paczce lays'ów, innymi słowy Daniel Sturridge. Chłopię młode, nieograne, a prezentujące boiskowy spryt starego wyjadacza. Zdecydowanie najlepszy zakup roku, był o krok od wywalczenia dzisiaj punktu. Cieszy postawa Gerrarda [mnie chyba cieszyć będzie zawsze. Dopóki nie zegnie się wpół ze starości.], praca w defensywie Suareza, prawie że bezbłędna gra Reiny, znakomity powrót Boriniego [koniec z żartami o jednym napastniku!]. Ani tendencji spadkowej, ani progresu nie zaliczyli nasi stoperzy, wykonali swoją pracę na dobry z plusem [Silene nauczycielką, Agger i Skrtel uczniami...? Hmm... HMMMM... <cenzura>]. Natomiast egzaminu nie zaliczył ani Raheem, ani Joe Allen [o ile Joe może się wymówić płaczącym po nocach dzieckiem, o tyle Sterling już dawno swoje odchował...], ani tym bardziej Johnson, który zdawał się błyszczeć w pierwszej połowie, a później okazało się, że to po prostu cała reszta zawodników była słaba.

Patrząc w przyszłość, należy docenić również Brendana i jego inteligentne reakcje na boiskowe kryzysy.Co jak co, ale zmian to się chłopina nie boi, a to się chwali, oj chwali... Startował z pozycji, w której nie miał nic do stracenia i raz za razem pokazuje klasę. Chciałoby się powiedzieć jednak...


Nie zapeszajmy.

Mecz, który wszystkich czegoś nauczył...




Na pierwszą połowę Diabły wyszły zmotywowane do granic możliwości. Ich oczy pałały żądzą zrewanżowania się za poprzednie, jesienne spotkanie z Liverpoolem, gdzie zwycięstwo przyszło w dość dramatycznych okolicznościach. Chłopcy chcieli udowodnić, że poradzą sobie sami, bez pomocy arbitra. I udowodnili.

Na bramce stanął po raz kolejny amator pączków- Dejw, który niestety czyni to coraz częściej, a co za tym idzie, coraz rzadziej mam przyjemność oglądać Andersa Lindegaarda między słupkami. Jakkolwiek de Gea bramkarzem jest dobrym, tak pozaboiskowo absolutnie do siebie nie przekonuje... 
Największą niespodzianką był występ od pierwszej minuty Danny'ego Welbecka, zamiast przewidywanego pojawienia się Chicharito. Niemniej Boss po raz kolejny udowodnił, że ma nosa- Daniel zaliczył świetne spotkanie. Mimo to, decyzja Fergusona wzbudziła dużo wątpliwości, przynajmniej do momentu, kiedy okazało się, że miał rację...


Złośliwość streamów jest nieograniczona. Dopiero w 15 minucie mogłam mecz oglądać bezproblemowo. Do tego czasu męczyłam się z zacinającą się transmisją. Jedynym wnioskiem, którego mogłam wyciągnąć z pierwszych minut był fakt, że United gra naprawdę dobrze. Chłopcy mocno ciągnęli grę do przodu, a i z tyłu nie było tragicznie. Gra toczyła się głównie w środku pola. Obie drużyny badały się nawzajem. Bez podtekstów.

Z czasem przewaga Diabłów rosła, a mnie rozpierała duma. Bardzo śmiało poczynał sobie Kagawa, co jest sporym zaskoczeniem, bo dosyć długo leczył kontuzję. 
Piękne jest to, jak wydoroślał Rafael. Z chłopca, nastolatka, który ma niewątpliwie talent, ale nie do końca wie jak go wykorzystać, stał się mężczyzną, piłkarzem dojrzałym, który ma pomysł. Ale gdy ma się na codzień styczność z takimi genialnymi zawodnikami jak Scholes czy Carrick, chyba nie może być inaczej.
W 19 minucie na 1:0 trafił Robin van Persie. Chociaż przynajmniej 1/6 tego gola musimy zapisać Evrze. W ramach wynagrodzenia sprawiłam sobie naleśniki a'la Patrice (kakaowe).


Gra układała się po naszej myśli. Dominowaliśmy. Stwarzaliśmy okazje. Tą najbardziej wartą wspomnienia jest piękny strzał Cleverleya z woleja w 39 minucie. Piłka minęła bramkę Reiny dosłownie o centymetry, a gdyby tak się nie stało, zasłużyłaby na nominację do bramki tygodnia. Szkoda.
To co wydarzyło się w 45 minucie wstrząsnęło mną od środka. Zamieszanie w polu karnym Liverpoolu było tak wielkie, że do samego końca nie było wiadomo kto strzeli, jak strzeli i czy w ogóle strzeli. W jednej akcji było więcej okazji niż włosów na klacie Giggsa. Swoje szanse mieli Robin van Persie i Shinji Kagawa, ale ten pierwszy zachował się zbyt brawurowo. Robinie, jeśli uważasz, że lekki strzał piętką jest trudny do wybicia, to źle uważasz. Tak sobie możesz żartować z de Gei na treningu, kiedy bramkarz stoi z boku i spożywa lunch/ pije coś, a obrońcy odpoczywają. Absolutnie nie podczas tak ważnego meczu. Następnie z ambitną misją kastracji bramkarza Liverpoolu pospieszył Kagawa, któremu jednak się to nie udało. Trafił go w brzuch. To wszystko przez skośne oczy...
Do szatni Diabły zeszły z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku. Bez fajerwerków, ale stabilnie. 
Tylko Ashley Young schodził pokonany. Lekko kuśtykał. Na jego twarzy malował się grymas bólu... Po raz pierwszy w tym sezonie padł na murawę nie przez efekt placebo, ale z powodu rzeczywistego kontaktu z innym zawodnikiem.

Po przerwie gra nie malowała się już tak czerwono. Do pewnego czasu było jednak wspaniale.
 Na boisko w miejsce kontuzjowanego Młodego wszedł Antek Valencia. 
Kolejnym popisem Holendra był strzał z rzutu rożnego. To pokazało jak bardzo brakuje nam Rooneya. Pod jego nieobecność Robin chce brać na barki całą grę drużyny i strzela praktycznie wszystko. Niekoniecznie z pozytywnym skutkiem. Trzeba mu oddać wolę walki i poświęcenie. Daje z siebie 120% i chce jak najlepiej, ale nie zawsze jest to dobre dla wyniku. Sam meczu nie wygra. Czasem trzeba oddać futbolówkę kolegom i zdać się na ich umiejętności. 
Po trzech minutach jednak wyszło to na dobre. Proszek Do Prania znowu wykonał stały fragment gry, ale tym razem nie na siłę. Posłana przez niego w pole karne piłka została odbita przez Evrę, a następnie musnęła czaszkę Nemanji Vidičia i nie dała szans na obronę hiszpańskiemu golkiperowi.
Niedługo cieszyliśmy się z wyniku. Już po 5 minutach na 2:1 strzelił Daniel Sturridge, który dobił (ledwo żywego po obronie próby Gerrarda) amatora wypieków popularnej sieci supermarketów. 
W 64 minucie fenomenalny strzał Kagawy wypiąstkował w jeszcze bardziej fenomenalny sposób Pepe Reina, któremu za tę paradę należą się ogromne brawa. 
Niestety od tej pory było tylko gorzej. Coraz lepiej grał Liverpool, któremu my oddawaliśmy coraz więcej pola. Malało posiadanie piłki, ilość akcji United, a rósł niepokój. Za to okazje The Reds były coraz groźniejsze. Bliski zdobycia gola był Fabio Borini, a tempo gry wciąż rosło. Niedługo później stuprocentową okazję zmarnował na nasze szczęście debiutant Sturridge. A za kilka minut jeszcze jedną...

Szansę na zapewnienie MU trzech punktów i uspokojenie kibiców miał van Persie, ale po raz enty w tym spotkaniu przekombinował. W ostatniej minucie akcję meczu wybronił de Gea. Kolejne trzy punkty pozostają w Manchesterze. 

Nie będę wystawiać not poszczególnym piłkarzom, bo musiałabym wystawić je osobno dla dwóch połów spotkania. Gdyby jednak na siłę dążyć do wyróżnienia kilku z nich, na najlepsze oceny zasłużyli sobie asystent Evra, indywidualista van Persie i Howard Webb. Ten ostatni, znany z kontrowersyjnych decyzji, tym razem nie zrobił nic, co mogłoby zostać uznane za skandaliczne czy promanunitedowskie. Po świetnym widowisku na Old Trafford Manchester United ma już na koncie 55 punktów i aż 56 strzelonych bramek. 

Wracając do tytułu: kogo czego nauczyło to spotkanie?

1. De Geę gry do ostatniej minuty.
2. Rafaela wytrwałości.
3. Ferdinanda iście hucznego celebrowania goli kolegów.
4. Vidičia krzyczenia. <a taki spokojny z niego chłopiec był>
5. Evrę wybaczania i godzenia się z innymi.
6. Cleverleya, że warto próbować. Nawet z pozornie straconej sytuacji.
7. Welbecka, że nawet w roli niespodzianki jest całkiem niezły ;)
8. Kagawę, że dostanie swoje szanse, tylko musi je wykorzystywać.
9. Younga, że symulowanie w końcu źle się skończy. Ja udawałam, że jestem chora i rzeczywiście zachorowałam.
10. Van Persiego- więcej zaufania do kolegów z zespołu.



Niech czerwone będą wasze serca!

-red.alice22