A.
Ala.
Współprowadząca bloga, czyli Red.Alice. Poznałyśmy się poprzez wzajemne komentowanie naszych pierwszych blogów. Przyznam szczerze, wtedy czułam między nami element rywalizacji, bo obie dostawałyśmy podobną ilość uwagi czytelniczek, poruszałyśmy podobne tematy, miałyśmy podobny styl. Zaczęłyśmy rozmawiać już po mojej rezygnacji z poprzedniego bloga i -z ręką na sercu- warto było to zrobić tylko dlatego, żeby Ala później znalazła drogę kontaktu ze mną i spytała, co mi, do stu tysięcy bromance'ów Evry i Suareza, do głowy strzeliło, żeby znikać z blogowego światka.
B.
Bayern Monachium.
Cóż tu dużo tłumaczyć, chyba każdy, kto kiedykolwiek interesował się Budesligą w czasach, kiedy Lewandowski przewracał się, biegnąc po linii prostej (wiele się nie zmieniło...), wie, że nie da się uniknąć sympatyzowania z jedynym FCB, który dam radę oglądać dłużej, niż pięć minut.
C.
ciacha.net
Odkryte w okolicach roku 2008. Chyba niedługo zacznę ubiegać się o jakieś odszkodowanie z tytułu ubytków w mózgu, jakie pozostawił po sobie ten serwis. Kiedyś byłam normalną, lubiącą oglądać mecze dziewczyną. Później nagle weszłam na ten portal i odkryłam, że nogi piłkarzy nie są do biegania, tylko do podobania się dziewczynom, że nie zdejmują oni koszulek po meczu, żeby się nimi wymienić, tylko żeby fanki mogły sikać z radości na ich widok, że nie chodzą oni cały czas w stroju piłkarskim, tylko mają tysiące stylizacji tylko po to, żebyśmy miały o czym plotkować, no i że połowa ich zarobków pochodzi z reklam, a nie z premii za mistrzostwa. I nagle sposób patrzenia na zawodników zmienił mi się o sto osiemdziesiąt stopni. Z tego miejsca chciałabym przeprosić wszystkich piłkarzy, których doklejałam do mojego zdjęcia i z którymi swój ślub planowałam, to musiało być dla nich bardzo bolesne.
D.
Dudek.
Wszystko zaczęło się od niego, a właściwie od mojego taty, który kiedyś położył pilot od telewizora na górnej półce, żebym nie mogła go dosięgnąć, i powiedział, że albo teraz oglądamy mecz, bo przecież Polak w finale Ligi mistrzów gra, albo idę spać. No to oglądałam. Ah, to były te piękne czasy, w których na bazarku można było kupić koszulki Liverpoolu z wszystkimi możliwymi nazwiskami, mało brakowało, a zaczęliby robić takie z Żurawskim i Żewłakowem, też pewnie by się sprzedawały na fali popularności klubu Polaka-bohatera.
E.
Everton.
Przyznam szczerze, że nigdy nie udało mi się wykrzesać choć krzty prawdziwej nienawiści do tego klubu. Zawsze derby Merseyside budziły większe emocje od pozostałych meczów, ale pozostawały raczej ciekawostką, niż bitwą. Cóż, niestety, w kwestii nienawiści to Manchester United dzierży palmę pierwszeństwa.
F.
Fernando Torres.
Pierwszy i jedyny mężczyzna, który złamał mi serce. Jego okres świetności przypadał akurat na czasy, kiedy ja wkraczałam w bardzo zobowiązujący wiek gimnazjalny. Zobowiązujący do robienia największych głupot w życiu, oczywiście. Jedną z nich na pewno było zaufanie Torresowi do tego stopnia, że udało się mu nabrać mnie tuż przed transferem. Ale nie powiem, że był to bezowocny romans. Nie wiem, jak wielką moc miały jego tamtejsze blond pióra, lecz wystarczyło jej, by nakłonić mnie do nauki hiszpańskiego... Mówiłam, że to był okres robienia największych głupot.
G.
Gomez Mario.
Moja... poczekajcie, policzę... czwarta piłkarska miłość. Podczas Euro 2008 byłam z niego cholernie niezadowolona, nie znosiłam go i miałam ochotę wystrzelić w kosmos, żeby poszukał wszystkich piłek, które posłał tam, zamiast trafić w bramkę z trzech metrów. Ale później koleżanka pokazała mi pewne zdjęcie. A ja wrażliwa na piękno jestem...
H.
Hiszpania.
Kraj niby piękny, futbol niby porywający, a do mnie jakoś nie trafia. Zawsze miałam ciągoty do tego języka, muzyki i do Torresa. Ale nic poza tym. Niestety, w przypadku tego ostatniego, nasiliło się to do tego stopnia, że -chcąc zrozumieć jego wywiady- wybrałam się do dwujęzycznego liceum wbrew wszystkim i wszystkiemu. Niby nie żałuję, fajnie znać język, ale ludzie nie przestaną na mnie patrzeć krzywo dopóty, dopóki będę się upierać, że zamiast wyjeżdżać do Hiszpanii na wakacje, wolałabym Anglię. Półwysep Iberyjski i jego mieszkańcy, z którymi styczność mam praktycznie codziennie, bardzo mi spowszednieli. Ale po reakcjach dziewcząt w szkole, które piszczą na widok moich hiszpańskich nauczycieli, widzę, że jestem ze swoimi odczuciami zupełnie odosobniona.
I.
Istambuł.
Co tu dużo pisać. Mecz-legenda, obejrzany już na pewno dwucyfrową liczbę razy, najlepszy poprawiacz humoru i jednocześnie wzruszacz na świecie.
J.
Jagiellonia.
Czasami nachodzą mnie myśli, że to nie fair, iż z lokalną drużyną mam tak niewiele wspólnego i postanawiam to zmienić, ale na postanowieniach się kończy.
K.
kulka177 (pewnie zgubiłam jakąś siódemkę, wybacz, Patrycjo!).
Odezwała się do mnie, kiedy pisałam jeszcze pierwszego bloga. Spryciara, wiedziała, jak mnie podejść, bo zapytała o Gerrarda. Więc ja, będąc w siódmym niebie, ochoczo weszłam w konwersację i tak nam zostało. Do dziś.
L.
Lewandowski Robert.
W moim przypadku to przykry temat. Niestety. Otóż zachowałam się nie jak kibic, a jak zaborcza narzeczona. Lewandowski przechodzi ze Znicza do Lecha? Fantastycznie, zaczęłam oglądać mecze Lecha. I to całkiem intensywnie; przyznam, że polubiłam całą drużynę, bo trafiłam akurat na okres największych tryumfów w Pucharze UEFA- ciężko było nie docenić chłopców po meczu z Grasshoppers czy Austrią Wiedeń. A później on sobie odszedł do Borussii i na nic zdało się tłumaczenie, że jest mu to potrzebne do dalszego rozwoju. Romans się zakończył, zostałam przy Lechu i nie 'wyemigrowałam' za nim do Dortmundu. Co więcej, nagle zaczął mnie irytować, z resztą, chyba wcale nie bez powodu. Ale cóż, zanim to nastąpiło, przeżyłam szereg przyjemnych chwil związanych z sympatyzowaniem się z Lechem.
Cóż, prześladowanie sławnych osób na facebooku mam chyba we krwi.
M.
Magazyny sportowe.
Kto to widział, żeby dawać dwunastoletniej dziewczynce 'Piłkę Nożną'? No cóż, mój tata. I udało mu się przede wszystkim wyleczyć mnie z uzależnienia od plakatów z Bravo Sport i wycinania stron ze sportem ze Współczesnej. Ale skutkiem ubocznym jest to, że zwyczaj czytywania słowa drukowanego mi już został i sterta magazynów sportowych w moim pokoju powoli zaczyna sięgać sufitu. W życiu nie zgodzę się z tymi, którzy twierdzą, że nie potrzebują prasy, bo wszystko można znaleźć w internecie.
N.
Niezależność.
Cecha, którą cenię sobie u innych i staram się wypracować ją u siebie. Zaczęło się od wrzucenia na głęboką wodę i wybycia do Białegostoku trzy lata temu. Oczywiście nie mogło obyć się bez problemów, bo koleżanki, które miały ze mną mieszkać, szybko okazały się tylko ''koleżankami'' i zostałam sama. Przez dwa miesiące metodą prób i błędów poznawałam drogę z nowego domu do szkoły. Ale wkrótce samodzielność zaczęła mi się szalenie podobać. Z tego miejsca chciałabym przeprosić wszystkie znajome ze szkoły, z którymi nie chcę pracować w grupie na zajęciach, bo wolę zrobić wszystko na własną rękę....
O.
Opowiadania fan fiction.
Tak często poruszam ten temat na blogu, bo tak naprawdę bardzo lubię je czytać, porównywać, oceniać. Z pisania już wyrosłam, ale przyznam szczerze, że dobre kilka lat temu i mnie dotknęła ta plaga...
-Jesteś pewna, że to dobry pomysł? - Mira nerwowo splotła palce -Przecież twój brat nigdy mnie nie lubił.
-Niby skąd to wiesz? Widział cię może ze trzy razy, kiedy byłaś jeszcze gówniarą. - szczupła brunetka skarciła koleżankę, nie przebierając w słowach -W końcu obiecałam ci, że jakoś pomogę, a nie widzę innego sposobu. No zgódź się...
-No dobrze już, zamieszkam z twoim bratem.
[teraz następuje długa retrospekcja, którą pominiemy]
-Dziewczyno, zapukasz wreszcie, czy nie? - Ebru zdenerwowała się, widząc, że jej przyjaciółka już czwarty raz podejmuje tę ja pierniczę, napisałam 'tę' zamiast 'tą' mając jakieś 11 lat, jestem geniuszem! próbę i za każdym razem cofa rękę. W końcu zebrała się w sobie, zacisnęła zęby i zapukała. Kiedy drzwi się otworzyły, stanęła oko w oko koko koko euro spoko z najbardziej brązowymi z brązowych oczu, jakie w życiu widziała. Wiele razy słyszała, że Serdar Tasci to najgorętszy towar w mieście skąd ja znałam takie określenia? , ale zawsze śmiała się z tego. Mógł być sławny, przystojny i bogaty, ale dla niej i tak najważniejszy był charakter to mi się trochę priorytety pozmieniały.
-Cześć, słyszałam, że szukasz gosposi...
-Cześć, słyszałam, że szukasz gosposi...
Nie, przepraszam, dalej nie mogę, koniec tej zabawy. Nie mogę sobie nawet wyobrazić, co musiało mną kierować, pisząc te farmazony. Papier zniesie wszystko, a ja mam trzydzieści rozdziałów tego soft porno.
P.
Przemek Rudzki.
Tu należy się wam kilka słów wyjaśnienia w związku z moją wczorajszą eksplozją fangirlingu. Sorx, Przemas. Wiem, że masz żonę. Otóż kilka tygodni temu z letargu podczas lekcji języka polskiego (akurat zapomniałam krzyżówek, sudoku, albo chociaż książki do matmy, co ja tam niby miałam robić...) wyrwał mnie głos nauczycielki, a dokładniej mówiąc, jedno słowo: m a t u r a. Kiedy już dotarło do mnie, że nie przespałam całego roku i nie piszemy matury za miesiąc, a jedynie musimy wybrać temat na prezentację, byłam wręcz wniebowzięta. Mina lekko mi zrzedła, kiedy zerknęłam na listę, bo tylko jeden wydawał się być w moim zasięgu i dotyczył analizy języka komentatorów sportowych. Jeszcze zanim zadzwonił dzwonek na przerwę, wiedziałam już, że chcę poprosić o pomoc kogoś, kto zna problem od środka, a Szpakowski akurat nie odbierał mojego telefonu, więc padło na Rudzkiego. Nie wiedziałam o nim wiele, ale urzekł mnie jego komentarz w meczu Liverpoolu z Aston Villą i zdecydowałam, że spróbuję. Pewnie gdybym wtedy zrobiła odpowiedni risercz, gdybym widziała, jak lakonicznie odpowiada na wiadomości na twitterze, i jakich ostrych słów używa do dyskusji na swoim blogu, wystraszyłabym się i nie podjęłabym się tego za żadne skarby świata. Ale będąc nieświadomą tego, na co się porywam, wystosowałam najbardziej profesjonalną wiadomość, na jaką było mnie stać.
Jak widzicie po długości suwaka z prawej strony, materiał udało mi się zebrać z nawiązką, i jestem z tego powodu niezmiernie szczęśliwa. Najzabawniejsze było to, że wysłałam tę wiadomość w dniu, kiedy LFC grali mecz, który on komentował. Przez okrągłe dziewięćdziesiąt minut nie mogłam przestać się uśmiechać. Zwłaszcza, że później obejrzałam kilka filmów zza kulis jego programu w C+ i dodatkowo zaczęłam jeszcze piszczeć z wrażenia. Taaaakże teeego...
R.
Reprezentacja.
O dziwo, najmniej do powiedzenia mam na temat tej polskiej. Pamiętam piękne czasy, kiedy flaki wypruwałam kibicując chłopcom przed telewizorem, ale jako że to miało miejsce wtedy, kiedy w naszej kadrze było przynajmniej trzech łysych panów i Jacek Krzynówek, to wiecie już, że owe czasy dawno minęły. Teraz została tylko krew, pot, łzy i Lewandowski, a ja nie mam ochoty się w to nadmiernie angażować. Z resztą, już dawno kupili mnie Niemcy i nie potrafię pozbyć się nawyku kibicowania im w każdym większym turnieju.
S. (to zdecydowanie moja ulubiona literka)
T.
Twitter.
Na początku nie widziałam zupełnie zalet tego tego serwisu. Ale teraz już wszystko rozumiem. Pewnego dnia weszłam tam i zobaczyłam coś, co odmieniło moje życie.
U.
Unilivercity.
Pomysł na bloga zrodził się podczas wspólnej debaty na piłkarskie tematy joł ta, dats rap werszyn. Cała nasza trójka tęskniła za pisaniem, więc postanowiłyśmy wznowić działalność, tym razem w tandemie. Mimo, że nie jest to twórczość najwyższych lotów, sprawia mi nieopisaną przyjemność.
W.
Wembley.
Moje jeszcze niespełnione marzenie. A moja niewiemnicosporcietomainstreamowarozrywkadlamas przyjaciółka mawia: ''Pamiętam Wembley '74, Wojciech Fibak zdobył rzut za trzy punkty na dystansie trzech kilometrów...''.
Z.
Zajebisty przepis na ciasto znalazłam, idę piec.





























