16 lutego 2013

Kibicowska kolekcja, czyli gdzie topią pieniądze dziewczyny z UniLiverCity.



Silene:
Dzisiaj odrobinkę luźniejszy wpis, składający się głównie ze zdjęć. Wszystko dlatego, że dzisiaj będziemy się troszkę chwalić. Troszeczkę. Otóż czas skupić się na naszych mniej lub bardziej skromnych kolekcjach koszulek, gadżetów, papieru toaletowego ze zdjęciem van Persiego. Mój zbiór rozrastał się na przestrzeni siedmiu lat, jednak, jak to ze mną bywa, wymiana garderoby odbywała się rotacyjnie. W praktyce wyglądało to tak, że dostawałam jedną koszulkę, kiedy druga dogorywała już na łożu boleści. Ale po pewnym czasie znajomi zorientowali się, że kibicuję i wzięli to za dobrą monetę - bardzo łatwo dobrać odpowiedni dla mnie prezent. W ten właśnie sposób moje mieszkanie zamieniało się powoli w fanowską dziuplę... Zobaczcie sami. 

Moje ukochane koszulki. Tylko za czarną jakoś nie przepadam. Może dlatego, że ma na plecach nazwisko pewnego blond-niebieskiego pana. Cóż, błędy młodości. Za to biała, z przedostatniego sezonu Xabiego Alonso na Anfield, ma się rozumieć, z jego nazwiskiem, jest moją perełką.
Te koszulki już znacie z mojego ostatniego posta. Nie ukrywam, że w czerwonej bywam często nawet na zajęciach w szkole czy zakupach. Kiedyś to, wiecie, chodziło o to, żeby wyrywać na nią chłopaków. Teraz już niby nie mogę, ale cii...
A tu już dwie koszulki reprezentacji Anglii. Pierwsza z nich już ledwie dyszy, druga natomiast będzie mi służyć jeszcze przez kilka dobrych lat. Jako strój na siłownię, sorx, Stevie.


A to już pomiot Euro. Pierwszą nabyłam z wielkim bólem i rozpaczą, tylko i wyłącznie dlatego, że chciałam sprawić przyjemność mojemu nauczycielowi hiszpańskiego. Na drugą natomiast polowałam dopóty, dopóki nie była tak maksymalnie przeceniona, że mój budżet tego nie odczuł. Bardzo, bardzo chciałabym zakładać ją i spokojnie wychodzić z domu, ale boję się, że usłyszę nagle ''W imieniu Polski Podziemnej skazuję cię na śmierć za zdradę ojczyzny!'' i zobaczę Zakościelnego z giwerą...
Tyle, jeżeli chodzi o koszulki, czas na płynne przejście do innych części garderoby. Tylko może tych majtek z numerem telefonu Gerrarda wam nie będę pokazywać, co? Czas teraz wtajemniczyć was w mroczną część mojego kibicowania. Otóż bardzo sympatyzuję się z Lechem Poznań, mimo że pochodzę z zupełnie innej części Polski, a w moim mieście też jest drużyna występująca w ekstraklasie (brokenheart45, przyznaj, skąd masz ten uroczy szaliczek Jagiellonii...). Z tego też powodu na szesnaste urodziny rodzice sprawili mi kolejny ciuch, przez który mogłabym stracić życie. 
Krzyk mody sezonu jesień/zima 2012, Silene chodząca w dwóch szalikach na raz. No co, zimno było. Przez ten supermodny motyw ptaków nie mogłam się powstrzymać, nie?
...w czymś trzeba wypijać te pomeczowe toasty, prawda?
A oto i najpiękniejszy zeszyt świata. Piękny podwójnie: raz, że z naszym herbem, dwa, że sprezentowany mi przez ciachowo-liverpoolową koleżankę. Pozdrawiamy Głodzię, hue hue hue. 
Tutaj absolutny hicior, znaleziony w osiedlowym second-handzie - przypinka z Liverbirdem. Wałęsa style... 
Kalendarz też znacie już z poprzedniego wpisu. Potrzebny mi jeszcze tylko warsztat samochodowy, żeby mieć anturaż godny moich panienek z kalendarza.  
Nie mogłam nie wspomnieć też o przeuroczym kolażu podarowanym mi przez koleżankę, która, własnoręcznie zrobiła taki oto raj w rozmiarze A3. Nie wiadomo, gdzie patrzeć. 
 Urocze, czyż nie?










red.alice: Moja kolekcja koszulek wypada w tym zestawieniu dosyć blado. Z koszulek oryginalnych posiadam tylko jedną, ale za to jaką... Trykot z tego sezonu <a do nich mam ogromną słabość, bo są po prostu prze- prze- przepiękne> z nazwiskiem Rooney'a na plecach. Dlaczego Rooneya? *tracę dawny dumny ton wypowiedzi* Gdyż wcale za nią nie przepłaciłam, co zresztą moja mama skutecznie mi uniemożliwiała. Wprawdzie zgodziła się na koszulkę <a co miała zrobić? prasowanie, pranie, zmywanie naczyń przez miesiąc...>, ale kontrolowała jej cenę. I kiedy różnica pomiędzy koszulką Wayne'a <którego bardzo, bardzo lubię> a trykotem Paula Scholesa wynosiła około 50 zł, jakiegoś wielkiego wyboru nie miałam. Co nie znaczy, że nie cieszę się z koszulki Wazzy... Tylko wiecie, ostatni sezon Ginger Prince'a w MU i w ogóle... *protest: jeśli Scholesey odejdzie, własnonożnie skontuzjuję połowę składu. jeszcze nie wiem jak, ale jakoś...*




Na drugi ogień idą nabytki EUROwe. W tym zamieszaniu, w tym piłkoszale każdy mógł zapomnieć co robi. Także rodzina. I właśnie stąd się wzięły dwa niepatriotyczne nabytki. W przeciwieństwie do Silene, bardzo chciałabym spotkać Zakościelnego z giwerą A tak, a tak, ładny jest... *i teraz wszyscy robią 'uuuu' jak w przedszkolu* , więc w tej białej chodzę o wiele częściej.
Nie ma się czemu dziwić, po tej fazie grupowej Holandii każde moje pojawienie się na orliku w okazie koloru pomarańczy kwitowane było gromkim śmiechem. Poza tym... chyba rozumiecie, że szóstka z niemieckiego sama się nie zdobędzie.

Aby całkiem nie porzucić patriotyzmu, babcia znalazła gdzieś taką oto koszulkę z Orzełkiem i napisem POLSKA. Przydaje się na wf..
Obok przejaw patriotyzmu lokalnego, orlikowego. Mam takich dużo. Za zawody, w których udaję, że umiem grać i zamiast mijać przeciwników, chowam się za nimi, żeby trenerka mnie nie widziała i przypadkiem nie zmieniła. Po co w kibicowskiej kolekcji zdjęcie koszulki z Orlika? Nie wiem. Chyba się rozpędziłam. A może dlatego, żeby ta druga koszulka nie była samotna... Niemcy mają Holandię, to Polska niech ma chociaż orlika.


Bluza. Czyli najnowszy nabytek. O dwa rozmiary za duża, ale od razu mi się bardzo spodobała. Spodobała to za małe słowo. Ona mnie uzależniła od siebie. Teraz wisi na szafie i co kilka minut muszę na nią patrzeć dla psychicznej równowagi, której nigdy nie osiągnę.



Pora na mniej odzieżowe sztuki. Nie wiem do czego mogę zaliczyć biżuterię, nie jest to ani ubranie, ani gadżet... Mniejsza z tym, te oto kolczyki oraz gwizdek zostały zakupione w trakcie EURO 2012 i są noszone bardzo, bardzo często. Gwizdek jest na cześć naszego 12 zawodnika. Pozdrowienia ;)


Oto chyba najbardziej sentymentalna i najwartościowsza moja kolekcja. Plakaty. Zbierane od maja 2008. Oczywiście, nie mam już wszystkich, ponieważ na kilku z nich się wyżywałam (plakat Barcelony po wygranej LM w 2009 r, pierwszy plakat Cristiano Ronaldo w Realu, ostatni Teveza w MU, itd.), a kilka sprzedałam młodszemu bratu (za plakat Pudziana wytargowałam dychę, Małysza 7.50, a za resztę po 2-3 złote, ma się ten dar przekonywania... "Oryginalny plakat sprzed I wojny światowej *pierwszy trick-brat lubi słowo wojna* zachowany w nienaruszonym stanie. Na rynku osiąga zawrotną wartość kwintyliarda euro *drugi trick-nazwa obca wpleciona w opis jeszcze bardziej zachęca do kupna*. Niestety, nie jestem pewna czy cię na to stać *trick trzeci- urażenie męskiej dumy*"). Jednak teraz, patrząc w roku 2013 na plakat czy to Mariusza Lewandowskiego, czy nawet Torresa w barwach Liverpoolu i w Lidze Mistrzów, można się pośmiać/popłakać/wzruszyć wedle uznania.

Zestaw wzorowego ucznia. Wiecie, jaki mam dzięki temu zapał do temperowania kredek? *Ala kredkomaniak*


Teraz czas na puzzle. Puzzle 3D. Prezent ełrodwatysiąceośmiowogwiazdkowy. Od mamy. Bo jak można lepiej połączyć coś praktycznego i kreatywnego (puzzle) z bzikiem dziecka? Chyba tylko tak. Piłka ta jest niebywale trwała. A nawet jeśli już ją rozbiję o ścianę, później i tak wraca do właściwej formy...


Kubki. Z jedną małą uwagą: piję tylko z dwóch. Ten zielono-kremowy poszedł w odstawkę tuż po moim fochu kontrolowanym na Euro. Ale jako ozdoba półki prezentuje się nie najgorzej. Ten kolorowy przedstawia Gdańsk na Euro i jest wyjątkiem od odrzucenia, ponieważ po prostu jest piękny ;)
Z kolei ten Manchesterowy został nabyty w....Wiśle przed zawodami LGP. Cudowna pamiątka, prawda? 


Pościel. To w tle to kołdra pamiętająca czasy, kiedy jeszcze uczyłam się czym jest spalony <że to nie te następujące naprzemiennie jaśniejsze i ciemniejsze pasy na murawie>, czemu dla jednego faceta zabrakło kolorowej koszulki i musi nosić czarną i dlaczego są wyróżnieni zawodnicy, którzy mogą łapać piłkę, a reszta nie może. Poduszka natomiast jest stosunkowo młodym nabytkiem- ofiarowana, abym mogła w nią płakać po wszystkich porażkach ubiegłego sezonu. 


I wybrane rzeczy, których zastosowania nie jestem w stu procentach pewna...



      


To byłoby na tyle, jeżeli chodzi o nasze piłkarskie zbiory. Jak duże są wasze? Przywiązujecie wagę do gadżetów, czy wystarczy wam jedna, ukochana koszulka? Wolicie trykoty z nazwiskiem ulubionego piłkarza, czy może bez personalizacji? Zachęcamy do dyskusji w komentarzach!

14 lutego 2013

Moje własne, prywatne derby.


Opinie na temat tego widowiska pewnie zostały już wyczerpane. Spotkanie, które oglądało tak wiele ludzi. Mecz, na który wszyscy czekali. Który okazał się być piękniejszy od El Clasico. Który rozpoczął się na długo przed pierwszym gwizdkiem pana Brycha.


Nie było nienawiści, złości, podtekstów... Można by powiedzieć mecz przyjaźni. Walka czysta, oczywiście nie brakowało fauli, ale żadna ze stron nie mogła czuć się pokrzywdzona. 
Sama nie wiem jak wypowiedzieć się na temat cudownego remisu na Bernabeu, bo od nadmiaru emocji jeszcze się trzęsę. 

Nie będę skromna, gdy powiem, że już przed meczem, zapowiadałam remis. 

#1 Nie zwracajcie uwagi na ortografię kolegi, proszę.
#2 Ala, dziecko, nie umie robić screenów ;_;
Choć sądzę, że było to najbardziej przewidywalne roztrzygnięcie pierwszego meczu. I sprawiedliwe, bo chociaż to Real miał groźniejsze sytuacje, to Real był częściej w posiadaniu, Manchester bronił się wyśmienicie. Sytuacja, w której Cristiano strzelił na 1:1 była wręcz niemożliwa do obrony. Nie wiem czy jest na świecie obrońca, który byłby w stanie go wtedy zatrzymać. A De Gea, genialny De Gea miał do powiedzenia tyle, co ja przed komputerem. 

Taktyka założona przez sir Alexa Fergusona była od pierwszych minut jasna i sprecyzowana- stawiamy na kontrataki i głęboką obronę. Wszyscy zawodnicy, oprócz jednego, czyhającego na wybitą w kierunku bramki Lopeza piłkę, bronili dostępu do własnego okienka. Liczba blokad i piłek przyjętych 'na ciało' była w pierwszej połowie olbrzymia. Zawodnicy Realu, pomimo swojej świetnej gry, nie potrafili strzelić pierwszej bramki. Może przez brak szczęścia, nerwy czy po prostu brak Cristiano Ronaldo. Chwila, napisałam brak Cristiano... Nie chodzi mi absolutnie o jego nieobecność, a raczej o dziwną nieumiejętność wyprowadzenia Realu na prowadzenie. Zauważyłyście? Kiedy dostawał piłkę w pobliżu pola karnego MU, dryblował i oddawał ją lub strzelał gdzieś w trybuny. Brakowało jego przebojowości. Być może po prostu chciałam myśleć, że CR7 nie próbował strzelić pierwszej bramki, bo obawiał się, że Real pójdzie za ciosem...

Manchester spał. Rafael, biedactwo, przeżył taki mecz, że nie spodziewam się go na boisku aż do rewanżu. Spisał się na moje oko doskonale. Bez asekuracji powstrzymywał ataki skrzydłowych Realu, którzy wciąż zmieniali się pozycjami. Ogólnie rotacja na pozycjach w hiszpańskim klubie była ogromna. Do czego to doszło, żeby Coeñtrao występował w roli napastnika a Xabi Alonso grał przez chwilę jako stoper? Ale strategia Realu była bardzo dobra. United straciło wszystkie swoje atuty w środku pola. Pomoc praktycznie nie istniała. Tak cofniętego we własne pole karne Carricka już dawno nie widziałam. Mecz przypominał trochę finał Ligi Mistrzów sprzed dwóch lat, z jedną różnicą- tam obie drużyny od razu ruszyły do ataku, odkrywając się. Tu jedynie United grało jak United, a Real nie przypominał tamtej Barcelony. Chociaż posiadanie piłki rzeczywiście mógł mieć zbliżone. 

Jednak kiedy tylko Manchester przedostał się na połowę Realu, a Robin van Persie (który grał jako...olaboga...pomocnik) wziął się za konstruowanie akcji, wywalczyliśmy rzut rożny. I w bodajże pierwszym kontakcie z piłką, ten dzieciak, młodzik Welbeck, którego 90% zagorzałych kibiców United chciało zdjąć z boiska jeszcze przed pierwszym gwizdkiem, głową skierował piłkę do siatki. 
Sytuacja nadzwyczajna. Real przy piłce. Real dominuje. Real traci. Przegrywa.

Taktyka jednak była skuteczna. Ferguson znowu się nie pomylił. Co to będzie, gdy jego nie będzie? Strach pomyśleć. W każdym razie gra toczyła się dalej. Real wciąż napierał. Coraz agresywniej. Pałali dziwną żądzą zemsty. Bo taki gol od drużyny, która tylko się broni, musiał być ogromnym upokorzeniem dla wielkiego ego piłkarzy z Madrytu. Cristiano mógł spokojnie zdobyć bramkę, nie krzywdząc drużyny z Manchesteru, a ratując swój własny zespół i jego morale. Ten wyskok... Po raz kolejny udowodnił swoje niepospolite umiejętności i pokazał, że wcale nie ma kompleksu Messiego. Wszak obaj są na tym samym, niemożliwym do osiągnięcia przez zwykłych śmiertelników, pułapie. Znam tylko jednego piłkarza, który może się z nimi równać. Niedocenianego. Potraktowanego w Barcelonie jak śmiecia. 

Wracając do meczu, Cris zawisnął w powietrzu, otwierając buzie ( :) ) wszystkim jego przeciwnikom i ludziom uważającym, że nie zasługuje na trofea, nagrody indywidualne, że strzela gole tylko słabym drużynom, że nie jest w stanie wziąć na swoje barki ciężaru gry w niesprzyjających okolicznościach, i otwierając piłce drogę do bramki bezradnego Davida. I wtedy byłam bliska płaczu. Nie dlatego, że Real wyrównał. Real jest jedynym klubem, któremu życzę prawie tak dobrze jak MU. Chciałabym, żeby to był mój finał. To moje prywatne El Clasico. Wzruszyła mnie reakcja Cristiano na gola. Pokazał, że piłkarz wcale nie musi być robotem. Pracownikiem. Zabójcą, który nie okazuje litości. Zaraz po trafieniu odwrócił się od bramki, powstrzymał kolegów przed świętowaniem i zaszkliły mu się oczy. Pewnie znowu doszukuję się czegoś, co chciałabym widzieć, ale jestem prawie pewna, że widziałam łzy w jego oczach. A to był dla mnie cios. Oto płacze piłkarz, który zaraz po odejściu z Manchesteru stał się mi obojętny. A przedtem był moim ulubionym zawodnikiem. Takim, którego kochałam czysto piłkarsko, którego podziwiałam i którym <jako mała chłopczyca> chciałam być w przyszłości i jako pierwsza dziewczyna grać w męskiej drużynie... Wraz z jego odejściem coś pękło, cała moja sympatia do niego zniknęła, a on stał się kolejnym świetnym piłkarzem w szeregu. Wiecie, ja to powinnam sobie dać spokój z piłką, bo za bardzo to wszystko przeżywam i biorę do siebie...


Real wciąż przyciskał. Zamykał Manchester na własnej połowie. Ograniczał. Ale co z tego, skoro był nieskuteczny? De Gea grał <ośmielę się powiedzieć> mecz życia w United. Jego obrony, często brawurowe, pokazywały, że Boss nigdy, przenigdy się nie myli i jeśli broni swojego piłkarza, to znaczy, że warto. Mimo tych wszystkich blokad obrońców, Real miał bardzo dużo okazji i to takich naprawdę groźnych. A David skapitulował tylko raz. Pokonał presję ciążącą na nim. Zabił ćwieka wszystkim tym, którzy wieszali na nim psy po jego kolejnych potknięciach w Premier League. Dał nadzieję United na dobry wynik. Imponował. He saves as he wants!

Zabłysnął także młody Dżonsik. Jego gra nie była oczywiście jakaś porywająca, ale wytrzymał napięcie. Grał naprawdę solidnie w meczu, który wielu zawodników przerósł. Pilnował i krył bardzo dobrze.

Patrice Evra... O jego grze w bieżącym sezonie można napisać książkę. Ten zawodnik ewoluował. Teraz oglądając jego grę, mam wrażenie, iż jest to zupełnie inny piłkarz. Dawno, dawno temu w polu karnym przeciwnika 'szukaj Evry w polu'. A teraz... Coraz mniej go na obronie, a więcej na ataku. Nawet w tym meczu grał bardzo ofensywnie w przeciwieństwie do większości kolegów z drużyny, którzy byli cofnięci. Ale ta strategia się opłaciła. Bramka strzelona Realowi na Bernabeu może być bezcenna w ostatecznym rozrachunku. Nawet na wagę awansu do kolejnej rundy.

Co mi psuje humor? Mój zbyt duży apetyt. Ta sytuacja Welbecka, kiedy piłka minęła o centymetry bramkę Diego Lopeza. Ta, kiedy Xabi Alonso wybił piłkę z niemalże linii bramkowej. Ta, kiedy po faulu na wychodzącym na czystą pozycję Evrze, Varane nie został ukarany. To, że Rafael po pierwszym faulu otrzymał żółty kartonik, a Ramos po swoich ośmiu przewinieniach zakończył grę z czystym kontem. Ale to są niuanse. Mało znaczące. Bo kto za dziesięć lat będzie o tym pamiętał? Chyba tylko ci, którzy widzieli to na własne oczy. Resztę zainteresuje jedynie korzystny dla United wynik.

Na samo wspomnienie tego meczu się cieszę. Postawa chłopaków, mimo że defensywna, była bardzo przyzwoita i ze starciu z wielkim Realem na jego wielkim stadionie wyszli obronną ręką. A cała otoczka tego spotkania, wszystkie emocje i piękno gry sprawiają, że już czuję to przyjemne podniecenie przed rewanżem w Teatrze Marzeń i dają mi nadzieję na jeszcze piękniejszy, czysty spektakl w wykonaniu obu drużyn. I na zakończenie mówię, że jeżeli Casillas nie wróci do gry na to spotkanie, jestem pełna nadziei, iż także zakończy się ono jednobramkowym remisem.
In de Gea we trust.

11 lutego 2013

2:0 z Evertonem czyli przedśrodowa rozgrzewka



Kolejny mecz z cyklu red.alice chwali i nie ma za co ganić. Nawet obronę. Chociaż tak bardzo lubię krytykować Robina, Davida czy nawet Antonio, niestety (albo raczej na szczęście) z postawy Diabłów w tym meczu, nie mogę nie być dumna.

Tuż przed spotkaniem jasnowidzący Canal + Sport pokazał highlights'y z innego niedawnego pojedynku na linii Liverpool-Manchester, jakby prorokując remis. Choć rzeczywiście, muszę przyznać, przed pierwszym gwizdkiem wzięłabym bez żadnego grymasu nawet i ten remis. Każdy punkt przybliża nad do mistrzostwa, ale także rozleniwia. Wprawdzie psychologiem sportowym nie jestem, ale motywacja do walki jest inna w przypadku 5-cio i 12-sto punktowej przewagi.

Przechodząc do samego spotkania: tempo gry w pierwszych minutach było niesamowite. Podzieliliśmy się z Evertonem akcjami niemalże równo- ataki United przez 2-3 minuty, potem Liverpoolczycy, znowu United, znów Everton... Jednak to nasze akcje były groźne. I to my byliśmy skuteczni. O, przepraszam, powiedziałam 'skuteczni'? Widocznie pan van Persie lubi robić na przekór. Przecież ta jego sytuacja z ósmej minuty była tak klarowna i stuprocentowa, że aż dziwi mnie jego wykończenie. W słupek? <huehuehue, a jednak mogę pomarudzić> W słupek to sobie możesz nogą kopnąć, żeby ci się celność poprawiła. Persilku kochany. Ale później odpokutował go strzelając <wprawdzie niepewnie> na 2:0.

Niedługo później się przeraziłam nie na żarty. Bo wiecie, zazwyczaj gdy Giggs 'ranin dałn de łing', nie zwracam na to  takiej uwagi i traktuję to zupełnie naturalnie, ale wczoraj przyjrzałam się temu dokładniej i... On powinien dostać mandat za przekroczenie prędkości. A chwilę potem strzelił bramkę z niemal identycznej pozycji, z jakiej Robin ustrzelił słupek. Ryan się nie starzeje. Tylko dojrzewa. Dąży do perfekcji. Z każdym meczem jest szybszy, piękniejszy, lepszy... Ten człowiek strzelał w każdym sezonie Premier League. 20 lat z rzędu. <może zmienię teraz temat, bo później nie skończę> Kiedyś napiszę o nim wiersz. 

Kolejna sprawa i kolejny wielki plus ląduje na koncie Davida de Gei. Za ten wybroniony strzał powinien dostać jakąś nagrodę. Klucze do domu sir Alexa, kupon na pączki w TESCO, bilet do zoo, whatever. W każdym razie niemalże bliźniaczy strzał Stevena Gerrarda wpuścił niedawno Joe Hart (odsyłam do jasnowidzów z C+S, którzy chociaż w tym mieli rację). Stending owejszyn. 



Wayne Rooney tym razem był nieco przyćmiony. Nie grał źle, ale też nie grał tak, jak ostatnio. Choć to akurat jestem w stanie zrozumieć. Kai właśnie dowiedział się, że tatuś jest bogaty i lista życzeń wydłużyła się o jakieś 735264 pozycji...

Chciałabym z tego miejsca wyróżnić imiennie jeszcze trzech zawodników:
1. Man of the Match- Rafaela. Walczył jak lew, choć wygląda raczej jak młody Simba. Tylko jemu zawdzięczamy zero w tyle. Gdyby nie on, byłoby na pewno 2:1. Chyba, że w Evertonie lubią kartony, tfu. pudła. 
2. Tom Cleverley. Napędzał atak. Walczył. Chciał. Czasami grał aż za bardzo dobrymi chęciami i niepotrzebnie tracił piłkę, ale przecież ta wola walki też się liczy. Wygraliśmy, a on miał swój dobry wkład w całą grę. Plusik.
3. Phil Jones. Ja wiem, ja wiem. Zgadzam się na wszystko. Ukamienowanie, rozszarpanie, otrucie... Ale nie mogę go nie pochwalić. Miał pomysł. Grał konstruktywnie. W jego poczynaniach było widać, że wkrótce będziemy z niego dumni. A niech sobie chłopak powalczy, czasem potraci piłkę. W tak dobrze rozplanowanym meczu nie wyrządzał żadnej krzywdy. A zbierał lekcje i z każdą minutą grał coraz lepiej. Amen.


Do wychwalenia pozostała jedynie defensywa. Jeżeli tak mamy grać w środę z Realem, skutecznie w ataku <proponuję parę Giggs-Rooney xD > i bezbłędnie w obronie, to ja bez zastanowienia idę do bukmachera i obstawiam 2:0 dla United. Chłopcy brali na klaty/plecy/uda/kolana/bliżej niezidentyfikowane miejsca 95% strzałów Evertonu. Sama naliczyłam się chyba 6 blokad piłek zmierzających w światło bramki. Dzięki temu de Gea nie miał aż tak dużo pracy, a mecz...mecz był bardzo kontrolowany.

Pięknie jest chłopcy, pięknie jest.





PS Bolku i Lolku, czy tylko ja tak się denerwuję przed środowym starciem? Dreszcze, dreszcze everywhere.

09 lutego 2013

Cykl walentynkowy: Coleen i Wayne Rooney



Rodziny MacLaughlinów i Rooneyów znały się od dawna. Wszak mieszkały bardzo blisko. Mogę chyba nawet powiedzieć, że były one godne siebie. Gdzie MacLauglin nie mógł, tam Rooneya posyłał i odwrotnie. Po dziecko do szkoły, po gazetę do kiosku, niekiedy do diabła... Nie będzie w tym nic dziwnego, jeśli stwierdzę też, iż dzieci MacLaughlinów i Rooneyów nie szukano, bo gdy Joe'go i Anthony'ego nie było w domu, łatwo było się domyślić, że spędzają czas z Waynem i czasami z młodszym o dwa lata Grahamem.


Chłopcy uwielbiali wspólne włóczenie się po uliczkach Liverpoolu, zajadanie się frytkami w przydrożnych barach, kopanie piłki i demolowanie sygnalizatorów świetlnych w okręgu niemal całego miasta. Byli ze sobą bardzo zaprzyjaźnieni i zżyci. Tak się dziwnie złożyło, że państwo ManLaughlin, oprócz chłopców, miało jeszcze córkę Coleen- o sześć miesięcy młodszą od Wayne'a piękną, zdolną, cholernie ambitną i pracowitą istotkę. Niestety, Wayne postrzegał ją początkowo jedynie jako bezwyrazową kujonkę, pozbawioną pasji i zarozumiałą. Jednak pewnego dnia, przyglądając się jej, zauważył, iż istotnie jest ona w jego typie...

A musicie wiedzieć, że nie miał on szczęścia do dziewczyn. Nad wszystko przedkładał sobie treningi, boks i miłość do Evertonu. A to (zwłaszcza to ostatnie) z miejsca skreślało go w oczach potencjalnych kandydatek. Poza tym, jego imidż Bad Boya Choć Młodego, To Już Z Zakolami także nie poprawiał jego wizerunku w oczach płci żeńskiej. Zresztą co z tego, że mógłby mieć powodzenie, skoro nawet nie był zbytnio nimi zainteresowany. Piłka i kumple wypełniali cały jego wolny czas...

Ale teraz był naprawdę zakochany. I zaczęło się. Biedni Joe i Anthony. Nie mieli chwili wytchnienia:
-Co dzisiaj robi Coleen?
-Ma teraz na sobie te majtki w paski czy te z kokardką?
-A ona woli jak piesek liże ją w piętkę czy może w pępek?
-Ma chłopaka? Nie? A jest hetero?
-Co dostała z zapowiadanej kartkówki z religii?
-Biła się kiedyś o mnie? Nie? A dlaczego nie?
-Jestem w jej typie?
-Mówiła coś o mnie?
A w końcu:
-Umówicie ją ze mną? <proszęproszęproszę> Browara wam postawię. 
I nie mogli mu odmówić tej przysługi. Jako kumple i ludzie. Był tylko jeden problem. Coleen była porządną dziewczyną, która nie lubiła tchórzliwych, wysługujących się Joe'm i Anthonym adoratorów. Ich skreślała jako pierwszych, choćby i nazywali się Rooney. 

Zapał Wayne'a ostygł. Nie miał na tyle odwagi, by tak po prostu ją zaczepić i wymienić kilka zdań. Skoncentrował się na futbolu. Wkrótce dowiedział się o swoim debiucie w pierwszym składzie Evertonu. Trzeba było to uczcić. Wyszli więc jak codzień z braćmi MacLaughlin, by zniszczyć kolejne światła na skrzyżowaniu i zjeść frytki, gdy nagle na drugiej stronie ulicy spostrzegli kuzynkę Wayne'a, Claire, i...Coleen MacLaughlin. Serce w piersi młodego Runeja zabiło. A kiedy zobaczył, co prowadzi dziewczyna, zabiło po raz kolejny. Rower z opuszczonym łańcuchem.

Obudził się w nim bohater. Przebiegł przez ulicę i krzyknął z rumieńcem na bladych zazwyczaj licach:
- Nie lękaj się dłużej nadobna dziewojo, oto nadszedł kres mąk twoich. Już więcej żaden łańcuch nie będzie godny zdjęcia z ust twych krasnych uśmiechu. Nigdy. 
I chociaż w tych sprawach był totalnym amatorem, sprawnie założył łańcuch. Dziewczyna popatrzyła na niego z uznaniem, a on nabrał odwagi i, ni z tego, ni z owego, wypalił:
-Pójdziesz ze mną na spacer? 
I co miała biedna zrobić? Gdyby Łejn nie naprawił tego roweru, gdyby jej się nie podobał, mogłaby odmowić. Ale tak się składa, że przeciwieństwa się przyciągają. I poszli. Spacerowali sobie spokojnie uliczkami Liverpoolu, wymieniając poglądy na temat życia, muzyki, filmów.

I od słowa do słowa okazało się, że mają ze sobą więcej wspólnego niż myśleli. Coleen obiecała mu pożyczyć film "Grease", którym była wówczas zafascynowana. <od tego się wszystko zaczyna: najpierw pożycza się film, potem rękę, a w końcu serce>
Udali się więc w kierunku domu Coleen. Po drodze Wayne zdążył jeszcze zrobić dla niej różę z papieru, która podobno przypominała różę jedynie z nazwy. Wędrowali powoli:
-Masz chłopaka?-wypalił Wayne.
-Nie mam.- zarumieniła się Coleen- A po co miałabym mieć? Do czego byłby mi potrzebny?
-Zastanów się, a gdy się tego dowiesz, zadam ci pytanie, dobrze?

Dziewczyna skinęła głową, otworzyła drzwi do swojego domu i wślizgnęła się do środka. Nie było jej przez dłuższy czas. Wayne zaczął się martwić. Chyba powiedział coś nie tak. Może był zbyt bespośredni? Usiadł na schodkach tyłem do drzwi i zacisnął zęby. "O tak. Na pewno się obraziła. Pomyślała, że chcę się z nią zaprzyjaźnić, a potem ją wykorzystać. Że nie zależy mi na niej, tylko na posiadaniu jej. Że chcę się nią chwalić kumplom... Chyba jestem skończony. Pójdę już..."
I wtedy drzwi się otworzyły i wyszła mała dziewczynka. Usiadła obok Wayne'a i zapytała:
-Łejn, ciemu jeśteś śmutni?
-Nie jestem smutny.-odburknął.
-To ciemu siem nie ciesiś? Deścika nie ma, śonko świeci. Kolin jeśt dziś taka wesioła. Wśiści som.
-Coleen? Jest wesoła? Kiedy? Widziałaś ją teraz?
-Pźiśła ze śpacieru jakaś taka wesioła. Oci ma ścienśliwe, cioś się chyba śtało. Siuka jakiejś płyty dla ciebie.

Wayne zarumienił się i uściskał dziewczynkę. Przywróciła mu wiarę w jakiekolwiek ciepłe uczucia Coleen do niego. Przecież skoro ona się ucieszyła, to znaczy, że chyba też może czuć do niego to, co on do niej czuje. Ale czemu nie przychodzi? Szuka płyty? Hmm... Obiecała mu pożyczyć "Grease"! Co za idiota... Czemu wcześniej o tym nie pomyślał?! Był tak wdzięczny małej Rosie, że zapragnął się jej odwdzięczyć. Przeszukał kieszenie, chcąc znaleźć coś odpowiedniego dla niej.
Kapsel? Niee... Nie będzie dzieci demoralizował.
£4,50? Nie, przyda się jeszcze. Poza tym za to mogłaby kupić sobie coś nieodpowiedniego.
Kozik? Bilet autobusowy? Klucze do domu? Tabletki na ból gardła? Guma do żucia? Dywanik? Nic z tego...
I nagle zauważył, że nie podarował Coleen papierowej róży. Zresztą i tak jej się chyba nie podobała, bo przez kilka minut zgadywała co to jest. Chyba nie pogniewa się na niego, jeśli podaruje ją swojej potencjalnej szwagierce? Trzeba budować stosunki rodzinne...

Nagle usłyszeli głos:
-Przepraszam, że tak długo. nie mogłam nigdzie znaleźć tej płyty. Anthony i Joe bawili się w ringo i chyba ją sobie pożyczyli. Ale już mam.-powiedziała i podała czerwonemu Wayne'owi krążek. 
-Może pójdziemy na spacer?- wydukał.
-Właściwie to dopiero z niego wróciliśmy, ale czemu nie...
Odkryli, że bardzo dobrze czują się w swoim towarzystwie. Wystarczył jeden dzień, by z dwójki dobrych znajomych stali się sobie bardzo bliscy. Wędrowali liverpoolskimi uliczkami, aż dotarli do małego kościółka, do którego uczęszczała rodzina MacLaughlinów. Tam też po raz pierwszy Wayne poczuł, że musi ją pocałować. Wyglądała tak pięknie, jej oczy błyszczały jak nigdy wcześniej. Przyciągnął ją do siebie i... jakoś tak wyszło. Dziwnym trafem, właśnie wtedy obok kościoła przejeżdżała ciocia Coleen. Dziewczyna odskoczyła przerażona i zaraz potem oboje wybuchnęli gwałtownym, czystym i niepohamowanym śmiechem. Chociaż ja nie wiem co w tym śmiesznego. 
-Coleen, a może byśmy tak...
-Tak Wayne?
-...jutro spotkali się znowu?
-Przykro mi, jutro mam próbę przed spektaklem, będę w nim tańczyć. ( Potem jeszcze lekcje gry na gitarze, saksofonie, pianinie, lekcje śpiewu, savoir-vivre'u, trening judo, taekwondo, francuski, włoski, chiński...) 
-To może pojutrze?
-Pojutrze idziemy do szkoły.
-To po szkole?
-Może być po szkole... Tylko najpierw pomogę ci z wypracowaniem z religii, bo podobno to ostatnie z zakończeniem "i dlatego uważam, że Diabły są szczęśliwsze" nie przyniosło ci niczego dobrego. 





Jak dalej potoczył się związek Coleen i Wayne'a, każdy wie. Tak już w życiu angielskiego piłkarza bywa, że nie zawsze jego małżeństwo jest idealne, bez żadnej skazy. Wayne niejednokrotnie wystawiał żonę na próbę, choć jak później się w większości przypadków okazywało, sam nie miał na to wpływu, a za jego kryzysy w związku odpowiadały media, które uwielbiają oczerniać piłkarzy z charakterem, mających już coś za uszami. Dziś jednak mogę z czystym sercem powiedzieć, że są rodzinką wręcz wzorową, przynajmniej od pewnego czasu. Synek Kai jest oczkiem w głowie Wazzy, który świata wręcz poza nim nie widzi i chwali się tym słodkim maleństwem niemal wszędzie, gdzie tylko się da. A już wkrótce, państwo Rooney doczekają się drugiego dziecka, kolejnego synka. Poród przewidywany jest na maj.
Hmmm... Czyżby Wayne miał wręcz odwrotną przypadłość do Steviego? ^^ <niegrzeczna red.alice>


07 lutego 2013

Hot or not: Pepe Reina.

Zazwyczaj jestem opanowaną racjonalistką, której nic nie potrafi wyprowadzić z równowagi. No, chyba że ktoś mi powie, że jestem gruba. Ale w tym momencie zupełnie nie wiem, co zrobić i w którą stronę pójść. Otóż chodzi o Pepe Reinę. Pepę Reina. Pepę Reinę. Polski język być zły. Otóż w ostatnim okienku transferowym już nieśmiało zaczynało mówić się o jego odejściu. Dokąd? A do Barcelony, jego ukochanego klubu. Po zamieszaniach z Valdesem i jednoznacznej wypowiedzi naszego bramkarza o tym, że nie pojmuje, jak jego kolega z reprezentacji może zostawić najlepszy klub świata, zawrzało. Kibice LFC podzielili się na dwie grupy. Pierwsza z nich chce definitywnie wykopania Jose najszybciej, jak się da, i sprowadzenia w jego miejsce błyskotliwego młodego talentu z Niemiec (Neuer, proszę!) albo Holandii. Propagatorzy tego pomysłu zaznaczają, że czas Hiszpana w pierwszej drużynie się już skończył, kilkoma nieudanymi interwencjami pokazał, że brakuje mi świeżości sprzed kilku lat i chłodnego boiskowego umysłu. Wiecie, o czym mówię. Opozycjoniści natomiast uważa, że skoro Pepe nie opuścił nas już dawno, kiedy wszystko waliło się i paliło, to tym bardziej nie zrobi tego teraz, i oni są z tego niezmiernie zadowoleni. Według nich młody golkiper nie wskoczy od razu do pierwszego składu, a nawet jeśli, to nie dostaniemy żadnej gwarancji, że się w nim sprawdzi. Tak więc, jeżeli kupować kogoś za Reinę, to najlepiej pozostać w tych klimatach i ściągnąć Casillasa, a jeżeli to jest niemożliwe, siedzieć cicho i nie narzekać.

Która opcja jest lepsza? Zacznijmy od faktów.


Tak wyglądają statystyki z ostatnich pięciu sezonów. Interesuje mnie głównie ostatnia linijka i liczba błędów własnych, która po ostatnim meczu z City wzrosła. Jeszcze bardziej. Z rozliczeń tych wynika, że ewidentnie mamy do czynienia z jego spadkiem formy. No ale to można zaobserwować gołym okiem, Ameryki nie odkryłam. Więc co, sprzedać? Może jeszcze do United, podobno SAF w potrzebie... Ja wiem, do czego mu Reina potrzebny. Nie ma konferansjera na pomistrzowską fetę. 
71054 - ¿El Barça interesado en Pepe Reina?
I sprowadzimy później sobie takie nastoletnie jajko niespodziankę, będziemy drżeli o każdy jego występ i sytuacja zmusi nas do ogromnego kredytu zaufania.

Ale z drugiej strony, zostawmy go, a ciągle będziemy tracić punkty za jego przyczyną, a zamiast świętowania po wygranym meczu wyliczać, gdzie bylibyśmy, gdyby nie reinowe zaćmienia. A on będzie w pomeczowych wywiadach mydlił oczy i udawał, że nic się nie stało. Mimo, iż brzmi to bardzo buńczucznie i egoistycznie, chłopak ma trochę racji - po przegranych czy zremisowanych meczach wiadro pomyj wylewa się właśnie na niego. Nie da się być w komfortowej sytuacji psychicznej, kiedy żona przy kolacji mówi ci: ''No kochanie, to co tam dzisiaj zawaliłeś?''.

Zapewne już wiecie, po której ze stron opowiadam się ja. Zdecydowanie odświeżenie lub przynajmniej wzmocnienie rywalizacji na tej pozycji dobrze by nam wszystkim zrobiło. I nie mówię tu o rotacji Reina-Jones, bo jak to działa, wszyscy wiedzą. Tak, że nie można dojść, który jest gorszy. A może by tak spróbować zagrać tam naszym najlepszym motywatorem ever? Carra...?

PS.: Gadanie gadaniem, a Pepe na moich drzwiach wisi. Jest dziewczyną lutego.
 
Skoro już się chwalę, to pochwalę się jeszcze trochę: 
 Czyż to nie jest piękne? A teraz najlepsze z całej tej paplaniny: koszulka zrobiona jest własnoręcznie przez moją przyjaciółkę, jako prezent przejściowy między Gwiazdką a walentynkami. Własnoręcznie, znaczy cały Liverbird jest wypocony pędzelkiem i farbą do tkanin. So fookin' piękne.