31 stycznia 2013

Arsenal 2:2 Liverpool - progres jest...

...w porównaniu do wyniku pierwszego meczu w sezonie, który oddaliśmy całkowicie, przegrywając 0:2. Dziwny był ten mecz, co nie? Nie powiem, że remis brałabym w ciemno, bo dzień przed spotkaniem obstawiałam wynik 2:3. Po ogłoszeniu składów nie spodziewałam się już takiego ogromu goli i podejrzewałam 1:2, ale ciągle była to optymistyczna wizja trzech punktów zabranych do domu z The Emirates.

Bo wiecie, ten nasz skład to taki klecony był. Rodgers wprowadził aż siedem zmian w porównaniu z ostatnim meczem; przede wszystkim za Skrtela wystawił Carraghera. Wisdom na boku obrony wydawał się conajmniej tak świetnym pomysłem, jak próba dotknięcia dna w kubku z kwasem solnym. Sęk w tym, że gdybyśmy mieli jakąkolwiek lepszą opcję, nie gralibyśmy nominalnym środkowym obrońcą na tak egzotycznej dla niego pozycji. Poza tym, jeżeli jest na sali ktoś, kto na widok Hendersona i Downinga w jednym składzie ciągle dostaje napadu śmiechu, ręka do góry! O, las rąk widzę... Do tego wszystkiego dołóżmy jeszcze Suareza motającego się gdzieś...eee... na lewym skrzydle? Na lewej obronie? Na lewej bramce? 

Mimo ryzykownego składu i zostawienia mocnej ławki, mecz nie wyglądał źle. Ba, zamysł był genialny. Zdobyć szybko pierwszego gola, dobić drugim i dowieźć wynik. Prawie wszystko się udało. Mimo, że graliśmy paskudnie, w ogóle nie wykorzystując środka pola, udało się szybko strzelić pierwszą bramkę. W piątej minucie Suarez, z drobną pomocą Mertesackera, po rykoszecie posłał piłkę do siatki.  Pięć minut później nadarzyła się okazja na drugiego gola, którą jednak zmarnował Daniel Sturridge, strzelając obok słupka po pięknym podaniu od Luisa. Przez całą pierwszą połowę wydawało się, że kontrolujemy sytuację, mimo że raz za razem zaliczaliśmy wpadki w stylu odpuszczenia krycia w siedemnastej minucie (ah, Pepe R., co ja bym bez ciebie zrobiła...), niewykorzystania ogromnej niespójności między formacjami Arsenalu czy nieprzemyślanych decyzji Hendo, który świetnie wychodził na czyste pozycje, ale... nic poza tym. Koncertowo tracił piłki, lub podawał je w bliżej nieokreślonym kierunku. Do perełek pierwszych czterdziestu pięciu minut zaliczyć należy genialne podanie Gerrarda w kierunku Glena, podczas którego piłka przemierzyła praktycznie całe boisko. No widzisz, Stevie... Mówiłam, że witabułerlecitin jednak działa. 


Druga połowa od początku wyglądała o wiele gorzej. Daliśmy się zamknąć na własnej połowie, i tylko niespodziewany (chyba tylko moja rozmówczyni się spodziewała. Nie wiem, co bierzesz, ale podziel się, ok?) zryw Hendersona w polu karnym Arsenalu, który dał nam dwubramkowe prowadzenie, można zaliczyć do udanych akcji. Poza tym dwa gole stracone w ciągu trzech minut- pierwszy to tak zwany 'Grzech nie skorzystać'. No sorry, ale jeżeli stoi sobie Giroud pod bramką Liverpoolu, nikt go nie kryje, ten dostaje piłkę, to raczej na aut jej nie wykopie, nie? Tak się robi tylko w Ekstraklasie. Nagrabił sobie chłop, tyle wam powiem. 
W naszym polu karnym wygodnie się leży, ale bez przesady, ok? Wróćmy jednak do przebiegu spotkania: wynik 2:1 wcale złym wynikiem nie był. Ale nie od dziś wiadomo, że takie mecze chłopcy przegrywają przede wszystkim w głowach. Tak też stało się i tym razem. W gruncie rzeczy niezbyt skomplikowany strzał Walcotta doprowadził do wyrównania. Później było już tylko gorzej, przy takim zamknięciu się we własnej połowie i wykopach na oślep remis to naprawdę najłagodniejszy wymiar kary.

Zrozumiałe jest jednak, że nie mogę cieszyć się z rezultatu, kiedy przez 2/3 meczu prowadziliśmy dwiema bramkami... Plusy? Zdecydowanie Carragher. Wbrew komentarzom panów z C+Sport, wcale nie jest aż takim 'dziadkiem' - nieźle radził sobie z Giroudem, wykazywał się boiskowym sprytem (chociażby nastrzelając Santosa w pięćdziesiątej minucie) i nie uciekał od piłki. Brendnan ciągle wychowuje piłkarzy. Teraz zabrał się za Martina, któremu wczorajsza ławka miała dać do zrozumienia: ''Postaraj się chłopie, nie jesteś jedyny w tej drużynie.''. Może pomoże. Szkoda, że inne brendziowe pomysły, takie jak na przykład utrzymanie piłki i ofensywna gra, wczoraj nie zadziałały. Obok Carry grał Agger, który również zasługuje na pochwałę. Bez jego ofensywnych wycieczek mecz byłby o wiele uboższy. Tylko co z tego, skoro cały blok defensywny w stricte przeznaczonej mu funkcji prezentował się... Wróć, w ogóle się nie prezentował. W zawodach  'Którzy obrońcy zagrali gorzej, Liverpoolu, czy Arsenalu?' nie potrafiłabym wytypować lidera, formacja ta leżała i kwiczała po obu stronach boiska. To dlatego Suarez i Gerrard musieli kluczyć pod własną bramką i zostawiać konstruowanie akcji Hendersonowi *myśli*? 
PS.: Deadline-day! Kupmy Cavaniego! No co, pomarzyć nie można?
PPS.: Wybaczcie brak ładu, składu i trójpodziału tekstu, ale na myśl o tym meczu boli mnie wątroba i nie mogę no.
PPPS.: Myślałam, że Podolski jednak się obudzi w Anglii.

27 stycznia 2013

Mańkuta, Sołmamejt, Gyan Riggs czyli Fulham pokonane.



Jest  wiele odmian meczów. Są mecze bardzo ciekawe, mniej ciekawe, o wiele mniej ciekawe, mecze ze Stoke, mecze z West Hamem... Mecze, w których tempo gry w miarę upływu czasu opada niczym kąciki ust Evry na widok Suareza. Mecze, w których tempo rozkłada się równomiernie jak żel na włosach Xaviego. Mecze, w których tempo gry rośnie zupełniej jakby było małym Stefankiem Vidičiem. I te Manchesteru United z Fulham.

Wszystko zaczęło się od tego, że był karny. To znaczy nie od razu. FA jeszcze nie wymyśliła takiego podstępu. W polu karnym Fulham ręką zagrał Hughes. W 72 sekundzie. Co by o chłopaku nie mówić, to rękę ma szybką. Nie ma co.

Co dziwne, do jedenastki wydelegowany został Ryan Giggs (aka Gyan Riggs; taka gra słowna- chodzi o to, aby zamieniać pierwsze litery nazwisk piłkarzy; Gavid ed Dea, Havier Jernandez, Semir Stilič...)
*przerwa na wychwalanie pod niebiosa Ryana Giggsa*
Dlaczego na wychwalanie? Gdyż, iż, azaliż, ponieważ to, co wyprawia ten facet jest niesamowite. Przecież on w listopadzie skończy 40 lat. Słownie C-Z-T-E-R-D-Z-I-E-Ś-C-I. A gra niczym dwudziestokilkulatek. To już nawet nie jest jego druga młodość. Ani nawet trzecia. W każdym razie forma, jaką prezentował w spotkaniu z Fulham była niesamowita. Szalał, biegał, dryblował... Ja myślałam, że po takim czymś, to go będą na noszach z boiska zciągać. 
*resztę pochwał przeznaczam na kolejne mecze w jego wykonaniu*
I jak na weterana przystało, spokojnie pokonał Marka Schwarzera.

Miałam ostatnio rację mówiąc, że boss pomylił składy. Ten wczorajszy powinien był wyjść naprzeciw Tottenhamowi. Trzy punkty mielibyśmy jak w banku. Chłopcy grali aż miło. Nani, Anderson, Giggs (czy ja powiedziałam chłopcy? tak? w takim razie zarządzam wyjątek i piszę "mężczyzna"), Rooney... Nie wspomnę na razie o Chicharito, bo na niego przyjdzie czas. Louis znowu pędził skrzydłem i kąsał obronę przeciwnika, Andi dodawał zabójcze podania... Było naprawdę fajnie.

Gdyby nie straszna nieskuteczność, wynik z pewnością byłby wyższy. Niestety, nad tym elementem musimy popracować *chrząka znacząco w kierunku Rooneya i Naniego*. Miała być manita, a była jedynie czteropalczasta mańkuta. Co nie zmienia faktu, iż awans do kolejnej rundy i potyczka z Reading jest już pewna tak, jak pewne jest to, że nie potrafię śpiewać. I teraz nastąpi moment niezrozumiały dla was, a wstydliwy dla mnie. Otóż muszę się komuś wyspowiadać z mojej winy. Wiecie co zrobiłam? Zapominając o mojej totalnej nie-umiejętności śpiewania, dałam się porwać atmosferze na stadionie i w domu, przed laptopem słysząc "Ryan Giggs running down the wing" zaintonowałam tę melodię wraz z fanatykami na Old Trafford. Wtedy wszedł mój brat. Koniec opowieści. Jaką karę poniosę?

Bramką meczu było z pewnością trafienie Wayna, po której mogłam z czystym sumieniem ucałować koszulkę z jego nazwiskiem. Żadna Coleen tego nie widziała, a nawet jeśli, miałam ku temu powody. Po tak pięknym, prostopadłym podaniu-asyście Andersona, Roo okiwał zwodem obrońców i pewnie uderzył w lewy róg bramki Fulham. Cała akcja była wspaniała, lepsza niż świeże truskawki zimą, lepsza niż gorąca czekolada, niż najlepsze evraśne pralinki... Mogłabym ją oglądać przez całe życie, bez przerwy i nigdy by mi się nie znudziła. 

Kolejne dwa gole dołożył Javier. Pierwszą z nich strzelił głową po niemal całkowicie precyzyjnej asyście Rooneya, drugą trafił po 13 minutach, kiedy po jego uderzeniu, futbolówka odbiła się rykoszetem o obrońcę Fulham i zmyliła Schwarzera. W każdym razie postawa Chicharito napawa mnie co występ ogromną dumą i poczuciem, że nie wszystkie bramki zawdzięczamy RvP. Diabły też dokładają co nieco od siebie. 

W końcówce, kiedy chłopcy zagapili się tak, że bardziej chyba nie można, bramkę na 4:1 strzelił Hughes. Ten z szybką ręką. I zrobił to tak efektownie, że Pączuś wpadł w swoje własne sidła. Do bramki. I teraz ponownie jest mi głupio, moje policzki zalał delikatny rumieniec. Bo ja...nie mogłam się powstrzymać i prychnęłam śmiechem. Wyglądało to tak zabawnie i nieporadnie, że moja sympatia do DejFa urosła o kolejne 0.01%. Co to będzie za 10 lat? *chowa się do piórnika*



PS W tytule było "sołmamejt". Jest to hołd złożony Runejowi za jego piękną bramkę. To na jego cześć:


Początki Bad Boyów: Carlos Tevez


Dawno temu na ulicach Buenos Aires w dzielnicy Fuerte Apache rozgrywał się pewien dramat. Okolica nieciekawa pełna obskurnych bloków, dilerów i nastolatków z bronią. Miejsce wielu strzelanin ulicznych, gdzie zginęło wielu ludzi. Tam żył mały chłopiec  Carlos Alberto Martinez , który pewnego dnia został poważnie oszpecony. Rany po wrzątku sięgały od brzucha, aż po twarz. Z każdym dniem spadały na niego coraz większe nieszczęścia. Jednego dnia ojciec zginął w ulicznej strzelaninie, a drugiego matka zrzekła się praw rodzicielskich. Zaopiekowała się nim jego starsza siostra Adriana i jej mąż Segundo Tevez. Stali się jego prawdziwą rodziną, w której jego  los się odmienił. Przyjął nazwisko Tevez i mógł zacząć życie od początku…

Tevez with his family: (from right) Brother Miquel, father Segundo, brother Diego, mother Adriana, brother Ariel and sister Deborah (front)

Od prawej: Carlos, brat Miquel, tata Segundo, brat Diego, mama Adriana, brat Ariel i siostra Deborah (na środku)


Swoją przygodę z piłkę zaczął jak większość dzieci, mianowicie od gry na ulicy. Niedługo później stał się graczem młodzieżowych klubów tj. Estrellas del Uno, Santa Clara, Villa Real czy All Boys. W wieku 13 lat dołączył do klubu Boca Juniors, a zakończył współpracę w 2004 roku.

Na początku 2005 roku został sprzedany do Corinthians Sao Paulo. Główny inwestor MSI ( MEDIA SOORTS INVESTMENT)
zapłacił za niego 22,6 mln dolarów.
 Niedługo później dumnie nosił opaskę kapitana tegoż klubu.

Nie unikał konfliktów co bardzo często miało opłakane skutki. Starł się z Carlosem Alberto, dwa miesiące później pobił z Marquinhosem. Następny sezon nie był również jego dobrym. Piłkarz często wpadał w konflikty z trenerem Emersonem Leao w afekcie został pozbawiony opaski kapitańskiej. Jego koniec w tym klubie zbliżał się wielkimi krokami…




Klub i MSI posiadające prawa do piłkarza zdecydowały, że on i Javier Mascherano zostali sprzedani West Hamu. Czas w WHU nie by jego najlepszym. Ciężko mu było się odnaleźć. Mecze zaczynał na ławce rezerwowych. Z całych sił starał się pomóc klubowi utrzymać miejsce w 1 lidze, ale na nic się to zdało. Okazało się, że klub popełnił błąd łamiąc jedną z zasad przy podpisywaniu umowy z Carlosem i Javierem. W wyniku konfliktu z władzami Premier League  WHU musiało zapłacić 5,5 mln funtów kary i zostały mu odjęte punkty przez co spadli do 2 ligi.


W 2007 r. został 'wypożyczony' od MSI do Manchesteru United.

Po upływie 2 sezonów klub nie przedłużył z nim umowy. W barwach czerwonych diabłów zagrał 63 mecze i zdobył 19 bramek.

Tried and failed: Ferguson was reportedly bewildered by Tevez

Z klubem rozstał się w nienajlepszych stosunkach, co widać na zdjęciu poniżej:

Carlos dostał od kibiców obraźliwy banner i podniósł go do góry, za co później przepraszał.

 Ku zaskoczeniu wszystkich kibiców, MSI ostatecznie sprzedało go do lokalnego wroga - Manchesteru City. Gra tam do dziś, mimo początkowych problemów z trenerem. Sezon 2012/2013 dla Carlosa stał się lepszy niż dotychczas, wszystkie spekulacje na temat odejścia są bardzo szybko dementowane, bo Carlos jest jednym z ważniejszych czynników w drużynie Manciniego. Razem z Sergio Aguero czy Edinem Dzeko potrafi stworzyć idealny duet do zdobywania wielu bramek.




Od lewej: Pablo Zabaleta, Carlos, Aleksandar Kolarov, Stefan Savić, David Silva, Edin Dzeko



Kiedy wraca do Argentyny wraz z bratem Diego (synem Adriany i Segundo) gra w zespole Piola Vago (Cwany gość) w którym grają disco o miłości. W jego kraju nie ma osoby, która nie wie kim jest Carlos Tevez. Większość tubylców bez zawahania potrafi wskazać blok, w którym się wychowywał. Na murze tego blogu widnieje jego podobizna z napisem „Święty Apacz”.




Mimo bogactwa nie chce zrobić sobie operacji blizn, ponieważ przypominają mu jego pochodzenie i jak mógł skończyć…

Dzięki niemu ludzie zrozumieli, że można się wyrwać z życiowego Getta. Jego życie zmieniła między innymi piłka nożna, która była i jest jego mobilizacją. Pokazał wszystkim, że można sięgnąć dna, odbić się od niego i żyć normalnie… Los zawsze daje drugą szansę, ale nie zawsze potrafimy i mamy na to siły, aby ją wykorzystać…
Więcej o jego rodzinie, a konkretnie żonie dowiecie się w cyklu walentynkowym :)


24 stycznia 2013

SileneTalk: Fan fiction.

Cykl walentynkowy zebrał spore żniwo i próbowałyście nawet namówić mnie na stworzenie własnej historii w odcinkach o którymś z piłkarzy. Przyznam szczerze, że kiedyś już to zrobiłam. Oczywiście nigdzie nie publikując, podejrzewam, że nie przepchnęłabym treści przez żaden KidProtect. W każdym razie bohaterem mojego opowiadania był ten przystojny pan:

Szapą ba, jeżeli pamiętacie jego czasy świetności. A jeżeli pamiętacie, potraficie też ocenić, jak odległe są czasy, w których umieszczałam go w swojej twórczości. Zeszyt z moim wytrawnym fanfikiem o Tascim ciągle przechowuję w szafce nocnej obok innych wstydliwych przedmiotów, hy hy, i wracając do niego, jak i czytając twórczość innych dziewcząt, nasuwa mi się kilka istotnych wniosków, o których chciałabym dzisiaj porozmawiać.


Bardzo, ale to bardzo podziwiam te z autorek, które potrafią zainteresować swoją twórczością tak wybrednego odbiorcę, jakim jestem ja. Ale niestety, są też takie, które już na wejściu strzelają sobie w kolano. 
Błąd pierwszy i zasadniczy.
Hugh Grant jako tata bohaterki wcale do mnie nie przemawia. Tak samo jak Maciek Zakościelny, który nagle mianował się Pablito, przyjacielem z dzieciństwa. Czemu służą tego typu wizualizacje postaci pojawiających się w treści? Zawsze mnie to fascynowało. 
Błąd drugi.
Konotacje rodzinne głównej bohaterki są tak zapętlone, że Moda na sukces przy tym wydaje się być tak skomplikowana, jak czytanki z elementarza. W sumie rozumiem dziewczęta, których alter ego jest córką trenera, wnuczką właściciela i pracuje jako fizjoterapeutka. Też bym chciała. 
Błąd trzeci.
Nawet to, że bohaterka sypia z połową składu, nie zezwala jej na oglądanie meczu z ławki trenerskiej. No, chyba że to Shakira, której dziecko było piłkarzem Barcelony zanim przyszło na świat. Wyobraźcie sobie, że wszystkie WAGs siedzą na ważnym meczu tuż za menadżerem. 
Gerrardowa: Panie trener, ściągnij pan Stevena bo nie zdążymy na wyprzedaże!
Carragherowa: E, Brendzio, wpuściłbyś na boisko mojego starego? Może się ożywi trochę i ten... no... wiesz...
Pacheco: Panie trenerze, panie trenerze, a mogę wejść za Suareza? No jak to, Suso wszedł, ja też chcę! 

 Błąd czwarty.
Melwood,  Kompleks Gampera, Valdebebas... To tam trenują zawodnicy. Zawsze kiedy czytam: Juanita Rosita Angelita Torres  weszła na Anfield. Wiedziała, że ON ma wtedy trening i chciała popatrzeć na jego pulsujące pod gładką skórą mięśnie ud. Usiadła cicho na The Kop i przyglądała się grze. Na początku nie działo się nic specjalnego, zwykła gra w dziadka. A później trener podzielił ich na dwie drużyny i kazał rozpocząć mecz mecz. 
-Shelvey? Gdzie jest Shelvey?- irytował się Brendan. 
-Proszę pana trenejro, w łazience, robi zdjęcie na twittera.- odezwał się ktoś z tłumu piłkarzy.
-Potrzebujemy zawodnika. A może ta pani z trybun? Ma szpilki? To nic. I tak poryjecie korasami świeżo drenowaną murawę, więc kilka ubytków tu czy tam nie zaszkodzi. Poza tym, nasz trening opowiadaniowy trwa pół godziny, więc nic nie zdążymy uszkodzić... Tylko tych jupiterów, które trzeba było zapalać, i tych wycieczek na stadion, które trzeba było odwołać, jak również tego, że nasz klub zbankrutuje przygotowując codziennie Anfield do naszych treningów, żal... 
...umieram z bólu.
Błąd piąty.
Bo wiecie, zawsze musi być tak, że główna bohaterka jest dziewicą. Chronologia blogowych scen erotycznych wygląda mniej więcej tak: Chłopak zachłannie wpił się w te miękkie, kuszące usta. Zdarli z siebie ubrania. 
-Na pewno tego chcesz?
-Jesteś moim pierwszym, ale... tak! - w tym momencie wszedł jednym, zdecydowanym ruchem.
-Kurw#*!, Suso, miało nie boleć!- wydarł się na niego Pacheco. Ah ten żar uczucia, ah te szczegółowe opisy, to napięcie, ta atmosfera! Czy NFZ może refundować wizyty u seksuologa wszystkich literatów poniżej piętnastego roku życia nadających swojej twórczości podtytuł '+18'?

A teraz gwoli wyjaśnienia: wiecie, dlaczego nie chcę pisać własnego opowiadania? Bo przeczytałam już tyle o podobnym schemacie, że, jako umysł ścisły, nie potrafiłabym stworzyć niczego oryginalnego.  Natomiast rozumiem bardzo dobrze pobudki piszących - tworzenie czegoś o ukochanym piłkarzu dostarcza mnóstwa frajdy i pozwala jeszcze bardziej utożsamić się psychicznie z zawodnikiem, z klubem - co na pewno procentuje przy kibicowaniu na meczach. Mam nadzieję, że nikogo nie urazi moja lista błędów - publikując swoje prace wystawia się je również do oceny publicznej. 


Oddzielny wpis należałoby stworzyć o fan fiction w wersji angielskiej i niemieckiej. Nie wiem, czy kiedykolwiek czytałyście historie koleżanek z zachodu, ale moja pruderia po kilku tego typu doświadczeniach została bardzo skrzywdzona. Niech ktoś mi wytłumaczy, dlaczego pojęcie 'brother-romance' jest tam brane tak dosłownie...? Inną sprawą jest bardzo emocjonalne traktowanie boiskowych przyjaźni. Wolę nie wyobrażać sobie, co powiedzieliby zainteresowani po uświadczeniu tej kompilacji:
 Stevie, co o tym sądzisz...?


Tym sympatycznym akcentem zakończmy dzisiejsze wywody. Jest coś, co drażni was w opowiadaniach typu fan fiction? A może lubicie jakieś szczególnie? Zapraszam do dyskusji.

21 stycznia 2013

Kiedy strata dwóch punktów boli bardziej niż złamane serce.

Ja wiedziałam, że tak będzie. Po prostu wiedziałam... Zresztą inaczej być nie mogło. Z takim składem?! No ok, ja rozumiem. Welbeck gra świetnie ostatnimi czasy i trzeba mu dawać szanse. Van Persie króluje w tabeli strzelców, Carrick gra być może NajlepszySezonWUnitedEver, Cleverley i Jones już wkrótce mogą stanowić o sile klubu, ale...bloody hell...Tottenham to nie QPR, choć wprawdzie nie jest daleko. Być może Boss pomylił po prostu przeciwnika i wystawił eksperymentalną jedenastkę? 

Męczą mnie pytania: czy Nani naprawdę aż tak bardzo podpadł? czy kontuzja Rooneya naprawdę nie pozwala mu na występ od pierwszej połowy? czy Kagawa jest w stanie wziąć na swoje wątłe ramionka grę Manchesteru? Chyba nie. Przecież drużyna i zwycięstwo to sprawa najważniejsza. Gdyby Roo nie mógł grać, z West Hamem także wszedłby w drugiej połowie. A Kagawa... Obym się myliła, ale to nie jest Park Ji-Sung. 

Graliśmy po prostu źle. Sad but true... Jedynie ten Danny ciągnął cokolwiek grę do przodu, chociaż i tak każda akcja kończyła się niedokładnością, błędem własnym. Nikt nie miał na tyle dobrego zamysłu, aby przedrzeć się z futbolówką w pole karne Llorisai coś tam zdziałać.  Aż do 25 minuty kiedy po cudownym odegraniu tego młodzika, tego Danny'ego, jego przyjaciel Cleverley dośrodkował co do centymetra na czaszkę Robina, a ten nie miał wyjścia i MUSIAŁ trafić. Takich okazji się nie marnuje, nawet w takim meczu...


Potem było tylko gorzej. Hej, wiecie co, jeśli to ma tak wyglądać, to ja wolę wrócić do tego wariantu z odrabianiem strat. Przynajmniej kończy się dobrze... Mecz i cała nasza w miarę nie najgorsza gra poszły się... . Traciliśmy posiadanie piłki, zaczynało się robić nerwowo. 

W końcu chwila nieuwagi, zamieszanie w polu karnym de Gei i pierwsza poważna pomyłka Hiszpana. Koniec marzeń o trzech punktach. Wystarczy tak niewiele... Za stratę gola na 1:1 nie mam prawa nikogo obwiniać, a już na pewno nie Davida. Trudno, stało się, żyjemy dalej. Będzie ciężko, ale damy radę... Musimy. W końcu nigdy nie umrzemy. A nadzieja to już na pewno umrze ustatnia.  To przecież Premier League. Tu gra się do końca. 

I tylko czapeczka Bossa była pozytywnym akcentem na tym tonącym w strugach ulewnego deszczu boisku White Hart Lane. Bo chyba nie powiecie, że styl "na hipstera" na sir Alexie nie wygląda zabawnie...?


Cykl walentynkowy: Steven i Alex Gerrard.

Jak wszystkie doskonale wiecie, zbliża się najbardziej kontrowersyjny dzień w roku. Nie, nie pierwszy maja. Walentynki. Z tej okazji postanowiłyśmy opracować specjalny cykl opowiadań opisujących historie miłosne wybranych przez nas piłkarzy. Wszystko oczywiście będzie pokrywać się z prawdą i poświadczone będzie słowami samych zainteresowanych. A mogę chociaż troszkę podkolorować? Dodać Alex wielkiego pryszcza na czole? Ok, ok, nie, zrozumiałam. Chociaż małego...?


Huyton budziło się do życia zalane blaskiem porannego słońca, które przecierało oczy razem z mieszkańcami uroczego osiedla w centrum czerwonej części Liverpoolu. Rześki dwudziestojednolatek w świetnym humorze zbiegł na śniadanie. Wiedział, że po męczącym treningu znajomi zabierają go do pubu, najmodniejszego w okolicy. Miał cichą nadzieję na spotkanie pewnej dziewczyny. Tej dziewczyny, która od kilku lat migała mu w drodze na Melwood, na zakupach, w kościele...

Czy to źle, że myślał o niej nawet kiedy spotykał się z innymi? Czy to jego wina, że zawróciła mu w głowie do tego stopnia, iż mógł zrobić wszystko, byle tylko ją poznać? Miał za sobą kilka krótkich, burzliwych związków, ale wszystkie kończyły się tak samo. Stłamszony, zmęczony odpowiadaniem na pytania o gwiazdy lokalnej drużyny w której grał, odchodził od kobiet, które interesowała jego wciąż rosnąca sława. Środowisko w którym się obracał. Pieniądze. Nie on sam. 

Blond anioł. Nimfa leśna, wysyłająca w niebo setki wielobarwnych motyli, które dziwnym trafem zawędrowały do jego brzucha i odtańcowywały miłosny taniec, kiedy miał ją w zasięgu wzroku. Nie mógł wytrzymać. Poprosił znudzonego, kręcącego się od niechcenia na krześle barowym kumpla, żeby ją zagadał. Zaciskając spocone ze stresu dłonie patrzył z ukrycia, jak znajomy, odchodząc od dziewczyny, kręci ze smutkiem głową. 
-Co ci powiedziała?! - niecierpliwił się.
-Nic. Znaczy, że nie umawia się na randki przez pośredników. Wiesz, co to znaczy, prawda?
-Że idę zaraz skoczyć do Mersey, bo moje życie nie ma sensu?
-Nie, debilu! -kolega popukał się w czoło -Że musisz sam z nią porozmawiać. 
-Muszę...?

Od dwóch godzin krążył kciukiem po okolicach zielonej słuchawki w klawiaturze telefonu. ''Za ojczyznę!'' pomyślał, i wcisnął przycisk. Po kilku sygnałach odezwała się. W końcu poznał jej głos. 
-Nie umawiam się z nieznajomymi. - tak brzmiało ostatnie zdanie, które od niej usłyszał, zanim odłożyła słuchawkę. Nawet przegrana z United nie bolała tak bardzo. Przypomniał sobie widły, którymi przebił stopę mając kilka lat. O rozkoszna torturo! Dałby wbić sobie dziesięć par wideł, wziąłby prysznic w jednej kabinie z Rooneyem i strzeliłby samobója w derbach Liverpoolu, a to wszystko razem i tak bolałoby go mniej, niż słowo ''Nie'' wypowiedziane najpiękniejszymi ustami świata! Jednak poczuł się pewniej i za kilka dni spróbował jeszcze raz. Rozmiękczona uporem dziewczyna zgodziła się, czyniąc tym samym ten dzień najszczęśliwszym w jego życiu. Mimo euforii nie zapomniał o poinformowaniu przyjaciela, który dzielnie pomagał mu w osiągnięciu sukcesu. ''Zabieram AC na randkę! Szaleję ze szczęścia!'' - wklepał wyślij. Zaraz. Chwila. Moment. NIE! Stało się. Jako adresata wiadomości zaznaczył nie Danny'ego Murphy, znajomego, a pierwszą pozycję z listy ostatnio wybieranych numerów, czyli... Alex Curran! Z żołądkiem podchodzącym do gardła czekał na odpowiedź. Nic. Oddzwonił.
-Hej, Alex, to znowu ja. Czy nie dostałaś przypadkiem jakiegoś smsa ode mnie?
-Oczywiście! - parsknęła śmiechem -Ty idioto!


Randka była cudowna. Na początku trochę nieśmiali, po kilku kieliszkach wina i przypomnieniu smsowej wpadki otworzyli się i spędzili najcudowniejszy wieczór w ich dotychczasowym życiu. Jak bardzo cudowny? Chcecie wiedzieć? Hmm, sprawdźcie wiek ich najstarszej córki...

http://roxarmy.com/wp-content/uploads/2012/02/If-you-know-what-I-mean..png

 Jak dzisiaj wygląda ich związek, wiedzą wszyscy. Para ma trzy śliczne córeczki, marzą o posiadaniu synka. Zdarzały się im mniejsze i większe, mniej lub bardziej rozdmuchiwane przez media kryzysy. Kto z nas nie pamięta głośnej afery o romansie kapitana Liverpoolu i szesnastoletniej siostrzenicy jego żony? Cóż, plotki ucichły gdy okazało się, że... Alex siostry wcale nie posiada. Za to okazuje się, że w walce z przeciwnościami losu jest tak waleczna, jak jej ukochany na boisku - wdała się w konflikt z piosenkarką Jamelią (która również zasiliła niedawno konto WAGs, wiążąc się z Darrenem Byfield), którym kilka lat temu karmiły się brytyjskie brukowce. Będąc wyzwaną od ''nic nie wartych'' i przyjmując życzenia szybkiego końca związku ze Stevenem odpowiedziała, iż kimże jest Jamelia, żeby ją krytykować, skoro jej mąż nie gra nawet w drugiej lidze... Mimo problemów, państwo Gerrardowie są obecnie szczęśliwą parą obywającą się bez skandali. Skoro nawet ja polubiłam Alex, coś musi być na rzeczy...




W ramach ciekawostki: czy znacie historie innych związków Alex i Stevena? Tylko spójrzcie:
 To się nazywa zamiana partnerów. I nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, iż Gerrard w swojej biografii podaje, że był z panną Curran od 2001 roku, natomiast wikipedia, zapytana o to twierdzi, iż Alex porzuciła bogatego biznesmena (który, jak widzicie na schemacie, związał się później z byłą Stevena...) dopiero w roku 2002. :suspicious:

PS.: Mam nadzieję, że potraktujecie notkę z przymrużeniem oka, mimo iż wszystkie informacje i chronologia w niej zawarta to najprawdziwsza prawda, ubierając to w słowa miałam świetną zabawę!

Zdjęcia pochodzą z twittera Alex.

19 stycznia 2013

All about de Gea czyli wyznania zagubionej hejterki.

De Gea. David de Gea. Mój koszmar, moja alergia, moja zmora. Moja własna i prywatna Buka. Mój anty-idol. Pączuś. 

O nim nie da się napisać tak po prostu. Sam w sobie nie jest na wskroś zły. No ba, on ogólnie nie jest zły. To nie jego wina, że go nie lubię. Moje uprzedzenie do Davida de Gei to tylko mój problem, z którego właśnie teraz się rozliczę...

Mitem jest to, że go nienawidzę. Także to, że chcę spalić go na stosie/wywieźć z Anglii/okraść z godności/opluć jadem/zrównać z ziemią... Naprawdę, takie brzydkie pomysły nigdy nie przychodzą mi do głowy. 
Możecie wierzyć mi lub nie, ale jako bramkarza mam go w swoim rankingu bardzo wysoko i to wcale nie licząc od końca. [Uwaga! Zaczyna się część drastyczna. red.alice chwali Davida de Geę. Osoby o słabych nerwach niech lepiej pominą ten akapit.] Podziwiam jego refleks, instynkt, gibkość... Potencjał drzemiący w tym chłopaczku jest zupełnie nieproporcjonalny do jego wieku. Taki talent zdarza się raz na dziesięć lat. Ma to coś, o czym połowa klasowych bramkarzy z dobrych europejskich klubów może tylko pomarzyć. Pójdę w swych wywodach o krok dalej i powiem, że jeśli rozwinie się jeszcze bardziej, to jako dojrzały golkiper może być nawet lepszy od Casillasa. Ale tak być nie musi. W każdym razie David jest młody i bardzo perspektywiczny, ale...ale zawsze znajdą się jakieś 'ale', szczególnie kiedy wypowiada się Ala.

Skoro tak go chwalę, dlaczego mam coś przeciwko niemu? Przecież na chłopski rozum powinnam go kochać za to, że tak wspaniały zawodnik reprezentuje barwy United. Ale nie kocham. Moja logika jest tak zagmatwana, że często sama siebie nie rozumiem. Na chłopski rozum... Może tu leży problem? Nie mam chłopskiego rozumu, tylko kobiecy i wprost kocham sobie komplikować życie. Takie hobby. Wiecie, jedni zbierają muszelki, inni jeżdżą sobie w kółko na hulajnodze, jeszcze inni grają w WoW-a, LoL-a i tysiąc pięćset innych gier, których fenomenu nigdy nie zrozumiem... Ja natomiast komplikuję sobie życie.

Zacznijmy od tego, że David poza boiskiem absolutnie nie mógłby być moim ideałem mężczyzny. Nie, nigdy, przenigdy, nie ma takiej opcji... Nie podobają mi się te jego zielono-szare oczy, nażelowana i postawiona pionowo jak strzecha blond czupryna, to bezwyrazowe i gładkie jak pupa niemowlęcia czoło, szerokie i zbyt kobiece usta ani starannie (za starannie) przystrzyżona i wręcz pedantycznie wypielęgnowana bródka. Ok, chłopak jest niebrzydki, może się podobać, ale nie mi. Każdy element jego urody byłabym w stanie zaakceptować osobno, ale razem stanowią dla mnie roztwór przesycony. Tyle o aparycji. W końcu nikt nie jest idealny. Prawie nikt.

Dejw ma również kilka wad, których moja mama [jako potencjalna teściowa] nigdy by nie zaakceptowała. Chyba wszyscy słyszeli już o skandalu z pączkiem i popularnym supermarketem w tle? Cóż, z taką sklerozą/amnezją/shizofrenią/słabą pamięcią/whatever ciężko mu będzie się ożenić. Golkiper MU jest bardzo roztargniony, leniwy [gra, mieszka i żyje w Anglii już od prawie 1,5 roku, a jeszcze nie wyuczył się języka na 'bardzo dobry'], ekscentryczny i jest Hiszpanem, a takim jest u mnie trudniej, chyba że taki nazywa się Xabi Alonso i gra dla Realu Madryt. Reszta ma już na starcie ujemne punkty. To nie jest rasizm ani dyskryminacja, po prostu drażni mnie jakiś niezidentyfikowany pierwiastek urody i natury Hiszpanów. Wracając do de Gei, cała jego osobowość w połączeniu z look'iem zupełnie mi nie leży.

Po trzecie, David ma ogromnego pecha albo może to Boss ma ogromnego nosa do bramkarzy. Albo i to, i to. De Gea gra w pierwszym składzie o wiele częściej niż moja perełka, mój Joker w talii kart, mój płomyczek na wodzie, moja mandarynka wśród grejfrutów, mój Anders Lindegaard i to jest jego, degeowa, największa wada. Być może jest to dość infantylne i banalne, ale mam ogromną słabość do tego Duńczyka. Za głos, predyspozycje bramkarskie, pewność, niezawahanie, aparycję... Za to, że jak nikt inny przypomina mi geniusza Edwina van der Sara. Dlatego właśnie w moim interesie leży, aby grał jak najwięcej i zaspokajał co mecz moje egoistyczne pragnienie oglądania go na boisku. Tak jak Romeo i Julia mieli rodziców, tak ja i Anders mamy Davida, który nie chce dopuścić do naszego szczęścia...

Podsumowując, nie jest prawdą, że nienawidzę Davida de Geę. Absolutnie nie! Biedaczysko nie wie jak wkupić się w moje łaski. A wystarczyłoby, żeby zgolił brodę i wąsy, nauczył się angielskiego i udzielał więcej wywiadów, przeniósł się do Realu... I pewnie za kilka lat tak właśnie się stanie. Już nie jako dobrze zapowiadający się, nieoszlifowany talent, ale jako wielka gwiazda, superhero, Peter Schmeichel swoich czasów, pójdzie w ślady Beckhama, Ronaldo i obierze kurs do Madrytu. Ale kto wie? Być może wtedy ja nie będę tego chciała? Być może zgodnie z przesłanką, aby komplikować sobie życie, zapomnę o tym z jaką pasją zabijałam w sobie wszystkie ciepłe uczucia do tej bestii i pokocham te wszystkie jego wady, braki i odstające włoski na podbródku?


-red.alice 




PS.: A wy? Co sądzicie na temat Davida? Jest dla was pozytywną czy raczej negatywną postacią? Piszcie!

...cuda, cuda ogłaszają: Liverpool 5:0 Norwich.

Wieść głosi, że piłkarze zza Mersey bardzo zainteresowali się ornitologią. Tak bardzo, że dzisiaj wszystkie Kanarki zamknęli w ciasnej klatce...

Przed meczem? Nie ukrywam, że nie brałam pod uwagę wyniku niższego niż 3:0. Głównie dlatego, że Norwich to zespół, z którym gra nam się lekko i przyjemnie. Poza tym od jakiegoś czasu po Liverpoolu i okolicach krążą plotki o top4 - jeżeli nie zaczniemy wygrywać z przeciętnymi zespołami, pozostaną one legendami. Po ogłoszeniu składów byłam skłonna podbić jeszcze wyżej przewidywany wynik. Na was też Carragher działa tak uspokajająco? Nervosol? Nie, dwa opakowania Carry poproszę. 

Zaczęliśmy mecz od razu z wysokiego C. Norwich kontrowało mniej więcej do dziesiątej minuty, później chyba opuścili boisko, bo innego wytłumaczenia nie mam. zostali zupełnie zdominowani przez naszą ofensywę, co poskutkowało golem już w dwudziestej szóstej minucie.
Nie, nie przesłyszałyście się, piękną bramką z woleja popisał się Henderson. Nie wiem, czy w tym momencie jest jeszcze ktoś, kto naciska na jego sprzedaż. Chłopak ciągle gra nierówno, zalicza słabsze i lepsze spotkania, ale przynajmniej wiemy już, co potrafi. Jeżeli za kilka lat będzie pokazywał to regularnie, powieszę sobie jego plakat w sypialni może powtórzyć historię Lucasa i okazać się niezbędnym elementem drużyny. Oczywiście sceptycy mogą powiedzieć, że odległość była tak duża, iż to, że piłka wpadła zawdzięczamy tylko i wyłącznie szczęściu. Ale technika, kochane, technika jest najważniejsza. A ta bardzo pozytywnie mnie zaskoczyła, mocne uderzenie z pierwszej piłki to nie jest coś, o co go podejrzewałam. Jordanku, dojrzałeś. Musimy porozmawiać jeszcze o pszczółkach i kwiatuszkach, a staniesz się prawdziwym mężczyzną. Dziesięć minut później asystent przy pierwszym golu, Luis Suarez, strzelił własnego. Pięknie przepuścił mu Sturridge (on naprawdę nie nazywa się Cavani i nie pyka z Luisem w gałę w każdej wolnej chwili?), ten swoim zwyczajem przebiegł z piłką kilka metrów i posłał ją na dłuższy słupek. Dwubramkowym prowadzeniem i statystykami, które mówiły iż w pewnym momencie posiadanie piłki wynosiło 87% na naszą korzyść, zakończyliśmy pierwszą połowę. 

W drugiej połowie było tylko lepiej. Sturridge (wymyślcie mu jakąś ksywkę, bo lipa tak oficjalnie...) dostawił nogę do mocno kopniętej wzdłuż linii bramkowej przez Downinga piłki, która wpadła do siatki zmieniając wynik na 3:0. Chwilę później Gerrard, po podaniu Johnsona...

Steven Gerrard, Stevie G.
Stevie score a goal for me
You'll hear this song echo around
From four corners of the ground
He hits the net from 40 yards [...]

...no same wiecie, co zrobił. Jutro rzucam chłopaka, zakochałam się w tej bramce. Kolejne, ostatnie już trafienie zaliczył, po wejściu z ławki, Sterling. Chyba niewystawienie go w wyjściowym składzie zadziałało mobilizująco na młodziutkiego snajpera, bo na boisku wszędzie było go pełno, starał się bardziej niż w trzech poprzednich meczach razem wziętych. Niestety, bramkę uznano za trafienie samobójcze.

Pochwały? Cała drużyna zagrała well. Suarez przyzwyczaił nas już do aktywności we wszystkich strefach boiska i wpisywania się na listę strzelców. Do świata żywych powrócił w końcu Stevie, odmłodniały o 10 lat i bogatszy o jednego pięknego gola. Wszystko mu dziś wychodziło. Powinien namówić Alex na prokreację w ramach świętowania sukcesu, na 100% dostałby wymarzonego synka... Sturridge zachwyca genialnością, szukaniem piłki w polu karnym przeciwnika i świetną wymianą pozycji z Luisem. Henderson powoli zrywa z wizerunkiem nieśmiałego boiskowego kołka. Całej defensywie należy się ogromny plus i ostrzejszy trening, bo dzisiaj niewiele się nabiegali... Nie zawiódł też Jones, który niespodziewanie wskoczył w miejsce kontuzjowanego Reiny. 

Nagany? Może tylko mnogość nie prowadzących do niczego rzutów rożnych. Andy Carroll gdzieś teraz patrzy na tą bezradność i umiera ze śmiechu. Martwi mnie też trochę gra Lucasa, która, mimo że jest stabilna, nie ożywia wcale środka pola i na pewno wymaga się od niego więcej. Ostatnim minusikiem jest brak gola Boriniego, na którego czekają już wszyscy. On sam ćwiczy pewnie przed lustrem przygryzanie ręki w ramach cieszynki, ale za nic nie może wykonać jej na boisku. Hmm, może niech spróbuje z przygryzaniem nogi...

A jak wam podobało się to spotkanie? Henderson i Downing - sprzedać, czy zostawić? Piszcie w komentarzach!

18 stycznia 2013

Haters gonna hate: Fernando Torres.

Bo wiecie, dziewczyny, jak to jest. Są pewne tematy, o których rozmawiać w towarzystwie nie wypada. Żydzi. Smoleńsk. Homoseksualiści. Fernando Torres.

Sprawa generalnie wygląda tak, że Torres jest jednym z tych nielicznych ludzi, którym udało podzielić się świat na dwie części. Pierwsza połowa wyznaje kolanokontuzjonizm i przykleja gumy do żucia pod krzesełkami na Anfield w zemście za zepsucie niegdyś najlepszego napastnika Premier League. Druga zaś chirurgicznie pozbywa się piegów i przestaje jeść gazpacho, żeby nic nie kojarzyło się im ze zdrajcą Judatorresemszem.


Jak było naprawdę? Myślę że nigdy nie dowiemy się do końca. Moja wersja jest taka, że pewnego dnia Fernando wstał z łóżka i powiedział sobie: ''Tak, kocham Liverpool, zostaję tu, dopóki nie wypadną mi wszystkie blond włosy!''. Wyszedł, powiedział o tym na konferencji prasowej, wszyscy byli szczęśliwi, kochali go, koszulki z dziewiątką rozchodziły się jak ciepłe bułeczki, panie tatuowały sobie jego imię, panowie datę pierwszej bramki, młodsze dziewczynki chciały być jego dziećmi, a starsze - mieć z nim dzieci. Raj. A co później? A później szedł sobie Torres, szedł i nagle cegła spadła mu na głowę. Od tej pory zaczął lubić niebieski kolor. A nie, przepraszam, zielony i może jeszcze złoty.  Kolor pieniędzy i trofeów.


Tak naprawdę nie możemy winić go do końca. Ludzie są tylko ludźmi. Ten chłopak grał w barwach The Reds naprawdę fantastycznie, strzelał niesamowite bramki, doskonale rozumiał się z drużyną... Ale co z tego, kiedy mimo usilnych starań klub był ciągle na równi pochyłej, co w końcówce zaczęło też odbijać się na jego formie, przez co nie mogę powiedzieć, by wyjście z Torresem zostającym jednak w LFC było do końca idealne. Nasz szczur szukał ratunku z tonącego statku i wybrał klub który oferował ogromne pieniądze - włodarze LFC na pewno nie zbiednieli na tym interesie. Poza tym mówiło się o wielkich możliwościach i perspektywicznej grze The Blues, naprawdę była to kusząca opcja. Pobudki Fernando są całkowicie zrozumiałe i nikt go za nie nie gani. Jednak odchodzić też trzeba umieć. Porównajcie dwie sytuacje:

a) Jesteście w szczęśliwym związku. Nagle dowiadujecie się, że wasz ukochany od miesiąca zdradza was z inną.
b) Jesteście w szczęśliwym związku. Ale wasz ukochany chce go zakończyć mówiąc, że nie czuje się w nim dobrze i chce spróbować z kimś, kto zapewni mu szczęście, ale zależy mu na przyjaźni z wami.
Którą opcję wybrałyście? Po której czułybyście się lepiej? My, kibice Liverpoolu zostaliśmy skonfrontowaniu z pierwszą opcją i nic nie mogliśmy z tym zrobić. Atmosferę zagęszczały pogłoski o kontuzji kolana, z którą Torres został sprzedany bez informacji o trefności produktu. Niestety, chciałabym w tym miejscu rozwiać złudzenia i przypomnieć, że testy medyczne nie polegają tylko na zajrzeniu do gardełka, ale też na sprawdzeniu sprawności. I jeżeli lekarz CFC tego nie zdiagnozował, wina jest wiadomo-czyja.
via 9gag.com

Kolejną sprawą jest atmosfera w szatni.  Dzięki Fernando można było ją kroić nożem. Przed wielką próbą został postawiony nasz kapitan - zadaniem Steviego było poinformowanie trenera o zachciankach klubowego kolegi. Rzecz jasna, bardzo długo prośba ta pozostawała niespełniona. ''Nie chciałem, żeby odchodził.'' (S.Gerrard)




Jak będzie wyglądać przyszłość napastnika? Zobaczymy. W każdym razie ja bardzo mocno ściskam kciuki za jego powrót do Atletico Madryt.


PS.: A Silene cooooś maaaaa!

Nie uwierzycie, gdzie i za ile znalazłam tę książkę. Dzisiaj, dzień po szkolnej studniówce, wielu nauczycieli nagle zapadło na dziwny rodzaj choroby, więc z tegoż powodu ominęła mnie lekcja fizyki. Wybrałam się z przyjaciółką na romantyczny spacer do second - handu. Przeglądanie spuścizny po bogatych Anglikach zaczynamy zazwyczaj od kosza z książkami, w ten sposób złowiłam już kilkanaście świetnych pozycji. Romans, Dan Brown, album, romans, Torres, romans... WRÓĆ! TORRES?! I to w dodatku w nienagannym stanie?! Jakiś Scouser musiał dostać tę biografię na ostatnie Święta... Przekonana, że będę musiała zapłacić horrendalną kwotę, poszłam do kasy. Jakież było moje zdziwienie, kiedy po dokładnych oględzinach sprzedawczyni zażyczyła sobie jedynie 2,50 zł. No, Fer, twarzą to ty zarabiać nie będziesz... Kończę ten wpis i zabieram się za czytanie, mimo iż już rzucając okiem na tytuł ostatniego rodziału - I'll never walk alone, poczułam ukłucie w wątrobie...


16 stycznia 2013

Jak mówią piłkarze United? Zajączki, fify i inne odmiany angielskiego.

Zapewne każdy z was wie, że nauczyć się obcego języka wcale nie jest tak łatwo. Słówka, gramatyka... A nawet jeśli je opanujemy, i choćbyśmy nie wiem jak bardzo się starali, nasz akcent prawie nigdy nie będzie idealny. Dla nas powód do wstydu, dla przeciętnych słuchaczy powód do śmiechu a w najgorszym przypadku do patrzenia na nas z politowaniem. Jednak nie ma się czego wstydzić. 
Wyobraźmy sobie sytuację, w której młody Hiszpan wyjeżdża do Anglii, do pracy. Czy w tłumie tubylców uda mu się skutecznie w nich wtopić i zapomnieć o swoich językowych nawykach? Być może z czasem zacznie mówić "prawie po angielsku", ale nigdy nie dojdzie do poziomu, który prezentują rodowici mieszkańcy tego kraju. Będzie się wyróżniał, będzie inny, ale niekoniecznie gorszy. W jego mowie usłyszymy bardzo dużo o jego ojczyźnie...
Czasami jednak, słysząc przekręcane wyrazy i źle wymawiane słowa, po prostu musimy się roześmiać. 
Manchester United jest drużyną wielokulturową. Przekleństwa w szatni można usłyszeć po serbsku, portugalsku, francusku, duńsku, hiszpańsku, japońsku, włosku, holendersku, szkocku, walijsku... Biorąc pod uwagę także dialekty, zależące od pochodzenia piłkarzy, ich własnych odmian angielskiego robi się naprawdę dużo. 


Patrice Evra
(najlepszy moment-0.52 i dalej)
Akcent Francuza staje się bardzo często powodem żartów, ponieważ <co bardzo dobrze słychać, a ja piszę tylko, aby zasłużyć na podziękowania> jest gardłowy, nie uwzględnia prawidłowej wymowy wyrazów i niekiedy mężczyzna upraszcza go jak może, żeby tylko dojechać do końca wypowiedzi. Patrice już od siedmiu lat reprezentuje Czerwone Diabły, jest wicekitanem, naszą bombą antyrasistowską i czasem zdarza mu się udzielić wywiadu. Dlatego też szerzy popularne w polskich szkołach 'jak cię czytają, tak cię mówią'. 



Antonio Valencia&Ashley Young





O ile Antek mówi po angielsku słabo, powiedziałabym 50/50, o tyle głos Młodego powoduje ciarki na plecach. Nie żebym w związku z tym podarowała mu w prezencie jakieś cieplejsze uczucia, ale świetnie nadałby się do prowadzenia infolinii... 
"Taaak! Dobrze! A teraz pochyl się i naciśnij duży przycisk. Nie, nie spację. Nie na klawiaturze. Na jednostce znajdziesz taki przycisk z kółeczkiem i kreseczką... Zostaw monitor, tam tego nie ma! To znaczy jest, ale nie wyłączaj monitora. Odsuń się od biurka i...aaa pani ma laptopa?!"




Javier Hernandez

Chicharito mówi trochę jak zajączek. Ma taki chłopięcy, lekki głos, który u postawnego mężczyzny z piwem w ręku, rozłożonego na kanapie brzmiałby śmiesznie. Ale całość- jego delikatna uroda, cieniutki głosik i uroczy hiszpański akcent dodają mu tylko sympatyczności. Idealny do dubbingu jakiejś postaci z bajki. 

Czy wy też zachwycacie się jego "Old Trafford" czy tylko mi odbija?



Rafael da Silva

Niestety, Rafael rzadko mówi po angielsku, toteż zupełnie nie mam pojęcia o czym mówi tutaj. W każdym razie mówi to w taki sposób, że chrząstki w moim kolanie odmawiają posłuszeństwa i proszą o litość. 



Anders Lindegaard

.
.
.
.
.
Tak.



Nemanja Vidič

Nema ma piękny akcent. Trochę czuć i słychać w nim serbskości, ale nie działa ona ani trochę na jego niekorzyść. Wręcz przeciwnie. Wytwarza ciepłe wrażenie kochanego tatusia, który nie krzyczy, tylko tłumaczy. Jako kapitan pewnie też tak słodko i przymilnie ustawia drużynę na obronie.



Anderson <3

Miałam nie używać serduszek i innego typu symboli, które wyrażają pozazawodową sympatię do piłkarzy, ale jak można się nie uśmiechnąć i nie powiedzieć "kocham tego gościa" po wysłuchaniu jego uroczej przemowy w łamanej angielszczyźnie? Trzeba być facetem... Ale nawet mężczyźni muszą czuć do niego choć trochę sympatii. Jego się nie da nie lubić. 
Tylko, wiecie, ten wywiad jest z 2007 roku. Teraz Andi mówi po angielsku trochę lepiej, ale pomimo to rzadko udziela w tym języku wywiadów.