26 grudnia 2013

Gracz cz. 2, czyli nie śmiejmy się razem.


Obudził się, dygocząc zimna. Było to dla niego dziwne, ponieważ zasypiał pocąc się ciepła. (...) Resztkami sił próbował odtworzyć przebieg wieczoru, jednak, jak na złość, youtube było już zamknięte. 
Popatrzył na zegarek, ale zegarka nie było. Przestraszył się, ale nie bał się. Został gdzieś, nie będzie już szukał. My nadal o zegarku? Kupi sobie nowy. Uff, tak. 

Dziękujemy za wspólnie spędzoną podróż i przepraszamy za opóźnienie - trzeszczący głośnik wydał jęk sic!, co wyrwało Janka ze snu. Złapał starą przedwojenną sportową torbę i stanął w pośpiechu na równe nogi, które nagle przestały być krzywe jak nawiasy kwadratowe. Ludzie siedzący w przedziale popatrzyli na niego ze zdziwieniem. Dopiero teraz zorientował się, że pociąg dojeżdża do miejsca przeznaczenia. Ładnie teraz nazywają te dworcowe ubikacje...

Rozprostował kończyny, które po kilku godzinach jazdy zaczęły go boleć. Myślałam, że etap rozprostowywania nóg mamy już za sobą. Może teraz pora na ręce? 


Nad Warszawą wschodziło letnie słońce, do upału pozostało jeszcze kilka godzin. (...) Chmury jakby zapomniały o tym mieście, ponieważ wszystkie zawędrowały tam, gdzie mi akurat przyszło spędzać wakacje. Zapowiadał się potwornie gorący dzień, kiedy na klatkach schodowych śmierdzi spalonym kotletem mielonym, kocim moczem i potem pana Józka z parteru. Oprócz tego w powietrzu unoszą się subtelne tony rozkładającego się ciała oraz gnijących jajek państwa Kowalskich. 

*dwa wersy później*
Z poprzedniej wizyty [na Dworcu Centralnym] zapamiętał smród fekaliów seriously? Znowu?, zardzewiałe blachy, narkomanów i pijaków. To miejsce źle mu się kojarzyło, ale widok dworca po remoncie znacznie poprawił mu humor. To nic, że jestem sam w Warszawie, w dodatku ubrany jak idiota, który nie ma ani grosza przy duszy, a przy ciele przechowuję jedynie 350 zł... Dworzec jest odnowiony! Życie jest piękne! Poczuł wielkość miasta. Przypomniał sobie, po co tu przyjechał. Siły wróciły. Jak bumerang by wrócił. Tak i siły. Właśnie. Popatrzył na swe odbicie w rozsuwanych drzwiach, które właśnie były rozpostarte niczym skrzydła Realu Madryt, i nie widział niczego złego w swoim wyglądzie. 

(Janek udaje się w podróż taksówką, którą prowadził łysy kibol stołecznego Powiśla.)

Na pierwszy rzut oka można było spokojnie dać mu Jankowi, nie kibolowi dwadzieścia, może dwadzieścia jeden [lat]. Wysoki, dobrze zbudowany, z ciemną oprawą oczu, piękny jak młody bóg. Bo przecież bohater opka, tudzież powieści, nie może być małym, grubym blondynem.

Nie było to kłamstwo z kategorii tych, za które idzie się do piekła. Było to kłamstwo z kategorii tych, za które idzie się do diabła. 

Przenosimy się przed stadion Powiśla, gdzie niejaki Joe Crox raźnym krokiem wychodzi z budynku klubowego, a następnie oddaje się rozważaniu sensu życia. 
Czuł, że forma woskowa, z której jutro zostanie wytopiony drugi Marcin Gortat jest naprawdę wysoka. Jeszcze dwa tygodnie temu, gdy jego agent powiedział mu o ofercie z Polski, nie chciał nawet o tym słyszeć. Powiśle Warszawa? To gdzieś na Ziemi? 

Trenejro Powiśla ratuje Janka przed zapłatą nieuczciwemu taksówkarzowi.
-Na szybie zaraz napiszę ci: ZŁODZIEJ. A później staniesz w kącie i będziesz rozważał swoje zachowanie, dopóki nie nauczysz się, jak postępować. Nie wstydzisz się tak rolować synka? Magda Gessler by cię wyśmiała! 

Crox patrzył z niedowierzaniem. A takie było miłe miasto - pomyślał. A taka była ładna składnia - nie pomyślał. 

- Bo ja..., tutaj... Dziękuję panu bardzo. - wycedził chłopak - Przepraszam, nie przedstawiłem się. Przyjechałem tutaj na testy. 
- Na jakie testy? - Walasek podrapał się po brodzie. Dobrze, że nie broda po Walasku.
- No testy. 
- A, na testy! 
- Właśnie, na testy.
- Na te czy na tamte?
- Na te testy. 
- Było w gazecie. W szkole już nie było. Się. Czytałem. A jednak! - z kieszeni wyjął pomiętą stronę z dziennika "Golizna". 
- Aaaaaaa, te testy! Wiedziałam. - trener klepnął się dłonią w czoło i uśmiechnął szeroko. 
- No, dokładnie, właśnie te - Janek odzyskał wiarę w siebie. 
- Przykro mi chłopcze, testów nie ma - odparł. ...to najinteligentniejszy dialog, jaki czytałam od czasów tego:

- Skąd przyjechałeś, chłopcze? - przerwał własne myśli. 
- Z Pomorza - Janek marzył tylko o tym, żeby się nie rozpłakać. Przypominając sobie tę nazwę, przypomniał także i dom. Zanucił bezszelestnie melodię swej ulubionej piosenki One Republic, noszącej wdzięczny tytuł "Come home". Nie dbał o to, że wszyscy patrzą na niego jak na wariata. Nic nie liczyło się już dla Janka. Był tylko on. On i jego głos. Uda się na casting do "Must be the music". Tak, to dobry pomysł! 


Mężczyzna i jego córka. Ja i moja szkoła. Wspólny obiad, trochę przedwczesny i trochę zbyt elegancki jak na dwuosobową rodzinę.


Człowiekowi w stalowej Woli marynarce spodobał się ten wyciąg z myśli kelnera. Wyciąg z myśli kelnera. Uhm. Chyba był on wiernym fanem skoków narciarskich. 

Do drzwi zadzwonił telefon. Aleksander Wolf się go spodziewał. 

23 grudnia 2013

Analiza prawie taktyczna - "Gracz", cz.1.

Nigdy nie sądziłam, że doczekam się w swoim życiu tak przełomowego momentu. Chwili, w której poziom polskiej literatury i poziom polskich blogasków z opowiadaniami autorstwa przedwcześnie wkraczających w dorosłość nastolatek sprowadzi się do wspólnego mianownika w jednej książce.

Miałam poważny dylemat, co zrobić z wolną godziną wyłuskaną między rybami, pierogami i świątecznymi kłótniami z kochającą rodziną. No co, w końcu trzeba mieć za co przepraszać, łamiąc się opłatkiem.  Słabo z moją asertywnością, więc sięgnęłam po "Gracza" pióra słynnego już znawcy polskich gimnazjalistów i nóg ich mam. Będąc zewsząd atakowaną pozytywnymi recenzjami, liczyłam na dziecko Agaty Christie i Paula Mersona, a dostałam... Zobaczcie sami.

Gracz - ścieżka dźwiękowa
Lykke Li - I Follow Rivers
...
Eminem - Lose Yourself
 Przy wszystkich fan-fiction publikowanych w sieci mamy odnośnik do zakładki, w której możemy znaleźć zdjęcie Maćka Zakościelnego z podpisem: ''Były chłopak głównej bohaterki. Zaborczy skurwiel, nie daje jej spokoju odkąd go zostawiła'', a przed każdym rodziałem dostajemy okienko z piosenką, której powinno się słuchać w trakcie czytania. Wiecie, to tak na wypadek, gdyby historia była na tyle słaba, że nie będzie w stanie sama z siebie uruchomić wyobraźni czytelnika. 

Jakby na uspokojenie strażnika, Michał jeszcze raz uśmiechnął się bardziej naturalnie, pokazał mu pierścionek z brylantem i szyjkę butelki szampana, schowanej pod ciemnozieloną wiatrówką z River Island. 
Ach, ciemnozielona wiatrówka z River Island... Zanotujcie! To na pewno kluczowy fakt dla rozwoju fabuły. 
 
Dziewczyny - czy one będą płakać? Czy zatęsknią? Co powie Ona?
Ach, te piękne czasy, kiedy wydawało nam się, że skoro zaimki świadczące o apostrofach piszemy w listach wielką literą, to przy wzmiankowaniu o osobach trzecich też należy trzymać się tej reguły... 

Strażnik odwrócił głowę i zauważył tylko doskonale wciętą w pośladki sukienkę wieczorową, bordową, bardzo drogą i idealnie skrojoną. 
Też kiedyś miałam coś wcięte w pośladki. Jak próbowałam chodzić w spodniach, które ostatnio miałam na sobie w podstawówce. Pomna na swe doświadczenia chciałabym zanegować fakt, że coś, co robi takie dziwne rzeczy z naszymi pośladkami, może być idealnie skrojone.

Mały czarny punkcik w powietrzu nie miał prawa zostać przez kogokolwiek zauważony. Gościu skakał z Shanghai Tower? Im bliżej był ziemi, tym stawał się większy. Panie i panowie, oto nobel z fizyki!

19:15 - to nie jest idealny moment na samobójczą śmierć reprezentanta Polski.
Zdecydowanie lepszym byłaby 22:30.

Tym miłym akcentem zakończyliśmy wstęp, czas więc na rozdział pierwszy, w którym brat denata przyjeżdża z prowincji na studia na SGH testy.

Był zbyt źle ubrany na wizytę w stolicy, ale jeszcze nie zdawał sobie z tego sprawy. Jeszcze, bo ciągle udawało mu się uniknąć dostania od straży miejskiej mandatu za brak ciemnozielonej wiatrówki z River Island. Albo chociaż z Zary. Gdyby przez przypadek został przyłapany na ulicy przez podrzędnych stylistów-gejów kręcących program o modzie, śmialiby się z niego do rozpuku. Woli i Tysio wcale nie kręcą programów o modzie... 

- Stadion Powiśla, jesteśmy na miejscu synu. Dwieście pięćdziesiąt się należy!
- Ile!? - chłopak zrobił się blady i cały zdrętwiał.
A to akurat samo życie. Bo wiecie, w Białymstoku to ja za dwieście pięćdziesiąt złotych przejadę przez całe miasto, a w wycieczkę wliczony będzie dwugodzinny przystanek na kupowanie pamiątek. Stolica to co innego, tam wszystko się ceni i nie raz mój portfel boleśnie się o tym przekonał.

- What's going on? - zapytał dwóch skaczących sobie do gardeł mężczyzn. Jednak żaden z nich nie wyglądał na kogoś, kto rozumie jego słowa. 
Potrzeba jeszcze mocniejszych argumentów, żeby udowodnić, iż polskie szkolnictwo to dno i wodorosty?

Ascetyczne wnętrze ekskluzywnej restauracji dziś zdawało się być jeszcze bardziej ascetycznym wnętrzem ekskluzywnej restauracji. Dzień dobry, panie psychologu, to ja, treść. Czuję, że forma mnie przerasta. A może to ściany z białej cegły, masywne, dębowe blaty, bagietki w koszach i zieleń za oknem czyniły to miejsce tak wyjątkowym? No to faktycznie ekskluzywna ta restauracja. W tych słabszych to zieleń spotyka się częściej na bagietkach, niż za oknem. 

Córka Alexa, śliczna Amy, usiadła obok ojca i spojrzała na niego, po czym uśmiechnęła się szeroko i zanuciła pod nosem We found love. Ta piosenka jej się podobała. 
Czuję, że niedługo nurt tej wartkiej akcji porwie mnie w siną dal... Jak najdalej od "Gracza". Ale nie no, spoko, uśmiechające się dzieci zawsze wprowadzają w historię nastrój grozy, może to o to chodziło. Cel wzmianki o upodobaniach ślicznej, dziewięcioletniej Amy, do prężącej dzielnie swe wdzięki w każdym klipie Rihanny  - nieznany. 

Kristy na parapetach z egzotycznego drewna ustawiła świece o zapachu mango. 
Egzotyczne drewno? Może dąb?

-Krystyno droga, Hiszpania czy Rosja? Zresztą, po co ja w ogóle pytam! Nie chodzi o to, żeby zmarznąć, tylko żeby się opalić, co? - zagaił Gruby.
Hę? Nie mówcie mi, że w Rosji nie da się opalić... Patrząc na tamtejsze kobiety nasuwa się zgoła inny wniosek...
  
 - Zainwestowałem w Powiśle dwieście milionów złotych [...]. Chcę drużyny, która za rok zagra w pucharowej fazie Ligi Mistrzów. Z Barceloną, Manchesterem United, Milanem i PSG. 
Skoro już mamy Powiśle, to wypadałoby mieć też Katalonię, Szalone Diabły, AC Mediolan i Paryski Szyk, jak cenzura, to cenzura. A tak nawiasem mówiąc, Milan za rok w Lidze Mistrzów, he he he...
 
- Czytałeś biografię sir Alexa Fergusona? 
Umiejętne lokowanie produktu to rzecz nieunikniona w dzisiejszych czasach, bo, jak mniemam, chodzi o tę biografię, którą tłumaczył Szanowny Autor. Wyobrażacie sobie Stasia mówiącego do Nel: ''Proszę, weź, poczytaj sobie "Ogniem i mieczem", od razu przypomnisz sobie ojczyznę...", albo dzieci z Bullerbyn czytające w szkole o przygodach Pippi? No właśnie.   

Dalej mamy głównego bohatera pobitego i opatrzonego przez ex-lekarza, obecnie bezdomnego, który leczył również jego brata, ciemnego mercedesa i takie rzeczy, że aż muszę sobie zrobić małą przerwę, bo zapomnę, jak się nazywam. Wesołych Świąt!

30 maja 2013

Huczny Dzień Dziecka- prezenty...

Z okazji Dnia Dziecka także i my dałyśmy się wciągnąć w świąteczny klimat: postanowiłyśmy zabawić się w hojne ciocie i rozdać kilku maluchom prezenty, abstrahując od faktu, że dzieci piłkarzy mają wszystko, czego tylko zapragną. 
Być może nasze prezenty przy prezentach od rodziców będą małe, szare i ponure, ale przecież liczy się gest, mam rację? 
Funkcję prezentorozdawaczki od dzisiaj do jutra piastuje red.alice, która to wpadła na ten iście absurdalny pomysł i w tej chwili zajęta jest pisaniem tej oto notki. 

1. Na pierwszy ogień idzie panna Delfina S.

Dla panny Suarez przygotowałam coś specjalnego. Z okazji Dnia Dziecka w jej posiadanie wchodzi specjalny spray przeciw nietoperzom oraz wampirom. Tak, aby nic jej nie ugryzło. 
I chociaż żadna z nas nie wierzy w to, aby Luis (ten sam, którego plakat mam na drzwiach) mógł kiedykolwiek ugryźć swoją ukochaną pieszczotkę, to jednak warto chyba ją ubezpieczyć. Zwłaszcza, że jest z pewnością bardzo wpływową osóbką w rodzinie Suarez. Ponadto w genach być może otrzymała zawziętość i gryzienie murawy dla osiągnięcia sukcesu, co byłoby dobrą cechą u manchesterowej pani od PRu czy kogoś takiego. Więc otoczmy ją opieką...

2. Stefanek Vidič także chce coś dostać...

Stefanku drogi, najsłodsze dziecko świata piłkarskiego, dla ciebie mamy także coś specjalnego! :te beznadziejne rymy nie były zamierzone: Znając skłonności pana Nemy Vidičia do pokrzykiwania na kolegów z drużyny, postanowiłam ofiarować temu ślicznemu chłopcu... stopery. 
Nazwa także jest adekwatna, czyż nie? Wszystko pasuje.

3. Coś dla Tevezówn, Teveziaczek, Teveziówien... Eh, dla Teveziątek.

A dla panienek Tevez przygotowałam dodatkowe różowe pasy do ich różowych fotelików. Z tatusiem, który za kierownicą staje się istnym zwierzakiem, strach jeździć. Ja bym nie wsiadła. Jeszcze by mnie jakimś RIPem potraktował. Na plakacie. 

4. Benjamin Aguero- prezent od brokenheart45

Muszę przyznać szczerze, z ręką na herbie, że nie miałam pojęcia co ofiarować małemu panu Aguero. Rozważając mój wpis z brokenheart, podsunęła mi pomysł, by małemu ofiarować bilet w jedną stronę. Jak wiemy, państwo Aguero rozstali się już jakiś czas temu. Widząc radość w oczach malca na filmikach, gdy bawi się z tatusiem, myśl, że to już minęło bezpowrotnie, smuci. Chciałybyśmy, aby Benjamin spędzał więcej czasu ze swoim tatusiem w Manchesterze. Cudowne miasto. 

5. Kai Rooney

Pan Wayne Rooney wyznał już dawno temu, że bez szumu suszarki, pralki czy innego sprzętu domowego :świadczącego o jego bogactwie: nie jest w stanie zasnąć. Jako że najbardziej na świecie nie lubię, kiedy mi coś buczy, postanowiłam... odciąć prąd w mieszkniu Rooneyów. 

Ponieważ jeszcze nie jesteśmy na tyle hojne, aby obdarować wszystkie dzieciaki, kończymy zaledwie na piątce, a Was serdecznie prosimy o prezenty dla reszty maluchów...

23 maja 2013

Mgnienia minionego sezonu - Liverpool FC.

Oklepany frazes mówi, że wszystko, co dobre, kiedyś się kończy. Nawet Ferguson. Ale on nie był dobry. Końca dobiegł również sezon 2012/13 w Premier League. Czy był dobry? Dla piłkarzy i kibiców Liverpoolu na pewno lepszy, niż ubiegły. Skoczyliśmy o miejsce wyżej, mając o dziewięć punktów i dwadzieścia cztery strzelonych bramek więcej, z mniejszą o pięć oczek stratą do pierwszej czwórki. Aczkolwiek nie jestem pewna, czy wszyscy kibice byliby zdolni wyrecytować  te statystyki wyrwani ze snu o mistrzostwie o trzeciej nad ranem.Czy jest coś, co zapadnie nam w pamięć po tym sezonie?

1. Uśmiech Brendana Rodgersa.
Niewiele o nim wiedziałam, przyjmując z otwartymi ramionami w liverpoolskie progi. Tyle tylko, że jest młody i ma fajny akcent. Później okazało się też, że jest całkiem wygadany, inteligentny i na szczęście nie zwykł korzystać z książki ''100 wymówek po przegranym meczu''. No nie śmiejcie się, to obowiązkowa lektura na szkoleniach trenerów w Polsce. Smuda napisał. Za to ładnie opowiadał o nowej taktyce, o kompletnym przetasowaniu starego porządku i o wielkich chwilach LFC, które mają nadejść. Niestety, kibice nie zrozumieli, że czas przyszły w tym przypadku nie służy do ukrycia informacji, że mają nadejść po dwóch meczach. Z tego powodu niektórzy czują się bardzo zawiedzeni. Nie ja. Ja człowiek głębokiej wiary jestem.

Brenny, nie tak miało być. Uśmiechnij się ładnie!


2. Najpiękniejsze zdjęcie świata.
Pierwszy transfer nowego trenera, pierwsza wielka niewiadoma. W Liverpoolu słyszano o nim mniej więcej tyle, na ile pozwalały jego poprzednie kluby, których kibice od czasu do czasu wyrażali na forach niezadowolenie z powodu jego odejścia. Bardziej niż bramki, rozsławiły go cieszynki- charakterystyczny gest noża między zębami. Miał pokazać włoski temperament, waleczność i pazur. Póki co chowa to na specjalne okazje, pokazując nam jedynie zdjęcia, na których wygląda o wiele lepiej, niż gra.

Szczerze? Jestem skłonna dać mu ostatnią szansę. Bo wiecie, po kontuzji chłopak. Bo i tak miał być tylko od dostawiania swojej pięknej nóżki do piłek podsuniętych mu perfekcyjnie przez kolegów. Bo dodaje fajne tweety o pizzy.

3. Motyle z poczwarek.
Mowa tu oczywiście o naszych dwóch Potencjalnych Zbawcach Drużyny Dalglisha, czyli Hendersonie i Downingu. No cóż, tuż po starcie w czerwonych barwach doprowadzili do tego, że zaczęto szukać dla nich pracy w klubowej kuchni, bo do niczego innego się nie nadawali. Aż tu nagle zaczął się nowy sezon, oni akurat wracali sobie z zakupów, uderzyli głowami o latarnię i coś im się tam poprzestawiało tak, że już potrafią kopać. Ot, cała historia. A mówiąc szczerze, nie wiem, kto i jak wyczarował to, że w końcu Hendo przestał udawać, że umie grać tylko długimi podaniami, a Downing przeniósł na murawę energię wykorzystywaną wcześniej na kłótnie z byłymi dziewczynami. Nie wiem, ale się dowiem. I postawię temu komuś duże piwo.


4. Piłkarski Klub Plotkarski.
Zaczęło się od dokumentu, w którym najlepsze było pierwsze kilka początkowych i końcowych minut odcinka, Środek to nieporadnie urządzający mieszkanie Borini, nazbyt nieśmiałe córki Gerrarda i bombilla Suareza. Wszystko okraszone hollywoodzkimi uśmiechami i słodyczą wystarczającą do produkcji kilograma krówek. Czy taki projekt był potrzebny? Zdecydowanie tak, wszak trzeba podążać za futbolową komercjalną modą. Wolałabym jednak reklamy gaci od Armaniego. Co jeszcze sprawiło, że było o nas głośno? Potrojone dziecko Sterlinga, efekt przedawkowania "Zmierzchu" przez Suareza (ja polecałabym mu zająć się jednak "Pięćdziesięcioma twarzami Greya". Przynajmniej pani Suarez by się ucieszyła.) i obiady stawiane przez trenera zawodnikom mającym za sobą trzy wygrane z rzędu.Mówiąc krótko- działo się!




5. Show must go on.
Ciężko mi nawet wyrazić, jak bardzo będzie mi brakować Carraghera. Równie ciężko jest opisać zdziwienie ludzi niezwiązanych z Premier League, kiedy im o tym mówię. Mimo, że w pojedynku bohaterów Anfield zawsze prowadził u mnie Steven, to Jamie wzbudzał specyficzne odczucia. Miało się wrażenie, że jest stalowy. Że na śniadanie pije litr kawy, skoro jest tak pobudzony na boisku. Patrząc na chłopaków schodzących po pierwszej słabej połowie do szatni, wszyscy kibice wiedzieli już, kto będzie krzyczał najgłośniej. Carra w Liverpoolu był taką dziewczyną Bonda. Wiecie, niby to Pierce Brosnan śmiga z giwerą i zabija złoczyńców, ale tak naprawdę wszystko zależy od Izabeli Scorupco. I żaden Kolo Touré w tej roli lepszy nie będzie.


Jest coś, co zostawiło szczególny ślad  na waszej psychice pominęłam? Piszcie w komentarzach!

09 maja 2013

Kobieta-kibic: dobry czy zły pomysł?

 Wielokrotnie w dziejach ludzkości kobiety czuły się niedostatecznie wyemancypowane. Walczyły o noszenie spodni, prawo do głosowania, możliwość zapraszania facetów na randki... Chciały pracować w kopalniach, zostawać politykami i inżynierami. Wszystko to już osiągnęły. Krzykiem, płaczem i tupaniem nóżką, jak to baby. Czy na pewno? Wydaje mi się, że zostało kilka dziedzin, w których nie udało nam się wywalczyć równouprawnienia i pokazać, że znamy się na tym równie dobrze. Cóż to takiego? Po pierwsze, motoryzacja- facet, który nie klepał zdrowasiek widząc parkującą kobietę, niech pierwszy rzuci kamieniem! Po drugie - futbol, i tym właśnie się dzisiaj zajmiemy.
  Dziś, żeby być dobrym kibicem, wcale nie trzeba być również facetem. Płeć piękna odkryła zalety futbolu już jakiś czas temu, jednak nawet w tak niszowym środowisku możemy wyróżnić kilka podstawowych stereotypów. Po pierwsze na pewno nasuwa się myśl, że jedyna kobiecie do szczęścia potrzebna rzecz, to przystojni piłkarze. Bo też zazwyczaj od tego się zaczyna, a naszego przyszłego idola wypatrujemy raczej w spotach reklamowych, niż na boisku. Wraz z wiekiem zamiłowanie do piłki ewoluuje i oklejanie pokoju roznegliżowanymi zdjęciami Gerrarda nie wystarcza. Wtedy można wybrać jedną z dwóch dróg: 
a) obciąć wszystkie swoje spódniczki do długości mini, kupić karnet na cały sezon i po każdym meczu zaciekle dawać obiektowi zainteresowania sygnały, dopóki tylko wystarczy bielizny, coby było co na boisko wrzucać;
b) zacząć zbierać na operację zmiany płci, żeby w końcu móc spokojnie zasiąść na kotle i dopingować razem z resztą kibiców jak równy z równym. Utarło się przekonanie, że ''kobieta kibicująca'' to oksymoron, a panie zazwyczaj przychodzą na mecze traktując stadion jak duże biuro matrymonialne - jeżeli nie uda im się poderwać piłkarza, to może chociaż jakiś przystojny kibic się za nimi obejrzy...? W obliczu takiego stereotypu niektórym z nas ciężko otwarcie przyznać się do kierunku, w jakim podążają nasze zainteresowania. 
 Pamiętam swoje pierwsze zderzenie mojego małego fanowskiego światka z płcią brzydką. Druga klasa gimnazjum, hormony buzują a największym priorytetem jest chęć zaimponowania starszym kolegom. Jak to zrobić? Ano najlepiej pochwalić się, że widziało się wszystkie mecze Mistrzostw Europy. Że pamięta się wyniki pierwszej kolejki ekstraklasy. Że wie się, kto stoi na bramce w lokalnym klubie. Co mi to dało? Niewiele, bo w tamtych czasach umiejętności teoretyczne trzeba było potwierdzić też na boisku. 
Niestety, już od dzieciństwa wiedziałam, że piłki to ja kopnąć prosto nie potrafię. Nie rozumiem, dlaczego miałoby to wadzić w zgłębianiu tajemnic futbolu. Houllier wybitnym piłkarzem też raczej nie był, a jednak koronę z Liverpoolem zdobył. Szybko więc straciłam swój autorytet wśród chłopców, a koleżanki czasami pukały się w głowę, kiedy próbowałam dyskutować z nimi na temat ostatniego meczu. Te nieprzyjemne doświadczenia sprawiły, że kiedy zmieniłam otoczenie po rozpoczęciu nauki w szkole średniej, długo nie przyznawałam się nowym znajomym do tego, jak spędzam sobotnie popołudnia. Ale kiedy już zdecydowałam, że nie ma co się kryć, posypały się pytania: ''Co jest w tym niby ciekawego?'', ''Dlaczego nie siatkówka? To taki dziewczyński sport.'', ''Na którego piłkarza lecisz? Lewandowski?'', ''No to powiedz mi, co to spalony...''. Po czym z przykrością odkryłam, że większość moich znajomych nie dzieli ze mną zainteresowań, więc, nie znając sprawy od podszewki, posługują się jedynie utartymi przesądami. Wtedy też  zaczęłam szukać odpowiedzi na to, jak postrzegają nas faceci interesujący się taktyką czy nowinkami transferowymi troszkę intensywniej niż przeciętny pan Kowalski traktujący mecz jako najlepszy dodatek do piwa. 
  Zadałam kilka kluczowych pytań chłopakom, którzy znają się na tym lepiej, niż ktokolwiek inny:
- Oskar, siedemnastoletni obrońca ŁKS, redaktor na portalu LFC.pl,
- Kamil, 19 lat, piłkarz grającego w Klasie A grupy podlaskiej Uczniowskiego Klubu Pionier Brańsk, od 2002 r. kibic AC Milan.
- Maciek, 20 lat, od pięciu lat filar redakcji LFC.pl, jest w szczęśliwym związku z fanką The Reds
- Adrian, od roku 2004 pisze na fcbarca.com
- Ricardo, 30 lat, od dwóch lat mieszka w Polsce, zapytany o to, czy jest fanem FC Barcelony opowiada: ''Nie jestem fanem, jestem fanatykiem!''. 
- Sebastian, 16 lat, fan United
  Przyznam szczerze, że przeprowadzone rozmowy mnie zaskoczyły. Spodziewałam się skrajnych opinii poprzedzonych piętnastominutowym turlaniem się ze śmiechu na widok naszego bloga, na którego musiałam ankietowanych zaprosić, chcąc nakreślić obraz tego, w czym przyszło brać im udział. Tudzież w ogóle nie spodziewałam się odpowiedzi, a w większości przypadków dostałam odzew z nawiązką. Przechodząc do sedna, najpierw postawiłam pytanie dotyczące najbardziej nurtującej mnie kwestii: czy stereotyp, że kobiety rodzą się z blokadą mózgową zabraniającą pojąć im reguły odgwizdywania spalonego i z natury nie mogą znać się dobrze na futbolu, jest prawdziwy?

Sebastian: Nie, nie wierzę w takie rzeczy. Sam mam kuzynkę, która dobrze zna się na futbolu. Jeżeli to naprawdę kręci dziewczynę, to pojmie zasady piłki nożnej.

Oskar: Kobieta to też normalny człowiek (ktoś to w końcu zauważył...-dop.aut) i jak najbardziej może znać się dobrze na futbolu. Stereotyp spalonego jest bezsensowny, bo każdy jest w stanie zrozumieć to po kilkusekundowym wytłumaczeniu. Powiedziałbym, że kluczową kwestią jest tutaj małe 
zainteresowanie wśród płci pięknej.

Ostatnie zdanie jest kwestią sporną. Przecież my wiemy, że wcale nie jesteśmy nieliczną grupą. Wystarczy spojrzeć chociażby na licznik odwiedzin mojego bloga, na użytkowniczki portali takich, jak ciacha.net czy kickette.com. A może wrażenie, że kobieta-kibic to zjawisko niszowe, wynika z tego, że połowa z nas boi się, dajmy na to, ujawnić na klubowym forum pod damskim nickiem, obawiając się niezrozumienia lub bolesnej ignorancji? Czy nasze obawy są uzasadnione?

Kamil: Jeśli dziewczyna nie potrafi wymienić chociażby zawodników z wyjściowej jedenastki owego zespołu, ani nie zna podstawowych informacji o drużynie (np.: ''Pepe Reina? Znam, to ten trener Barcelony!''), to żenujące. Natomiast jeśli naprawdę kibicuje, jest to zdecydowanie jej zaletą.

Z bólem przyznaję, że znam oba przypadki. Rozmowa z kompletnym laikiem jest o wiele przyjemniejsza niż dyskusja z kimś, kto ewidentnie nie ma o temacie bladego pojęcia, a stara się udowodnić, że jest inaczej. Nie należy mylić faworyzowania zawodnika z powodu aparycji z wspieraniem drużyny. A właśnie, czy facetom przeszkadza, kiedy ich dziewczyny nie ukrywają przy nic fascynacji gwiazdami sportu? Należy okazać zazdrość, czy zignorować zjawisko?

Maciek: Co do niektórych ''przystojniaków'' mamy bardzo odmienne zdanie, ale z niektórymi typami mojej dziewczyny trudno się nie zgodzić, Borini na przykład. Nie mogę tylko zrozumieć podziwiania zawodników, którzy robili bardzo niedżentelmeńskie rzeczy poza boiskiem. Chociażby zdradzający swoje żony Terry czy Giggs. Dla mnie to, jakimi są ludźmi, skreśla ich.

Oskar: Raczej zignorowałbym to, bo wiadomo, że każdy ma swoich ulubieńców, chyba, że zakrawa to o przesadę. Na przykład kiedy wchodzę do domu, mówię dziewczynie, że kupiłem nowy samochód, a ona ma to gdzieś i oglądając w tym czasie mecz Realu odpowiada: ''Ale piękny zarost ma ten Alonso...''. 

W pierwszej wypowiedzi poruszono bardzo ważną kwestię. Mianowicie my, dziewczyny, gloryfikujemy gwiazdy sportu, muzyki czy kina, a nie zwracamy uwagi na to, że w życiu prywatnym krzywdzą oni swoje żony, córeczki. Co się stało z naszą siostrzaną miłością i wsparciem? Ale to tak na marginesie. Wracając do clou, zastanowiłam się też wspólnie z chłopakami, czy partnerka powinna kibicować tej samej drużynie.


Ricardo: Jak się zakocham, to się zakocham, nie ma zmiłuj. Byłoby idealnie, gdybyśmy chodzili razem na mecze, omawiali taktykę, na pewno nie byłoby nudno... Ale nie jest to konieczność.

Oskar: Jeżeli kibicuje rywalom, to tylko mały minusik, który może przerodzić się w plus. Kibicowanie jednej drużynie byłoby bardzo spójne, ale z drugiej strony troszeczkę nudne. Oczywiście obecnie łaskawszym okiem spoglądam na fanki mojego ukochanego Liverpoolu, ale jeśli poznałbym idealną dziewczynę, a byłaby ona fanką United, to uśmiechnąłbym się tylko pod nosem i dogryzał, jak tylko mógł. Oczywiście w pozytywnym tonie.

Maciek: Po prostu oglądalibyśmy dwa razy więcej meczów.

Adrian: Niekoniecznie. Trzeba rozróżnić miłość, związek, życie prywatne od zainteresowań, upodobań.  (Tak właśnie mężowie tłumaczą się, kiedy ich żony popadają w kompleksy po obejrzeniu zdjęć pań z tych pisemek znalezionych w najciemniejszej części garażu) Ale chciałbym kiedyś trafić na dziewczynę, która nie będzie marudzić, że oglądam mecz, a sama z ciekawością przysiądzie, obejrzy i będzie wraz ze mną dzieliła pasję.

A skoro już przy żonach jesteśmy, to wybiegnijmy lekko w przyszłość. Otóż czytając autobiografię Stevena Gerrarda natknęłam się na zdanie, że cieszy go niezmiernie spokój, jaki zastaje w domu po powrocie ze stadionu. Nikt nie truje mu nad głową, że źle podał w pięćdziesiątej minucie i że nie przelobował bramkarza, a miał szanse na gola do szatni, bo ani Alex, ani ich córeczki po prostu futbolem się nie interesują. Spytałam ankietowanych, czy wizja, w której oni są piłkarzami jednej z czołowych lig i mają żonę, która ogląda uważnie wszystkie mecze i krytykuje każde podanie, im się podoba.

Oskar: Ciężkie pytanie. Raczej nie chciałbym rozmawiać ze swoją kobietą o detalach taktycznych, ale miło by było usłyszeć jej luźną opinię o meczu. Jako, że osobiście żyję futbolem 24h na dobę, nie potrzebuję odpoczynku od niego.

Kamil: Wolałbym z nią o tym nie rozmawiać, chociaż w sumie to zależałoby od samopoczucia. (''Znowu nie strzeliłeś hattricka?! Seksu dzisiaj nie będzie!'')

Maciek: To zależy, ile pracy piłkarz przynosi ze sobą do domu, zainteresowania żony są chyba drugorzędne. Poza tym, żeby zostać żoną piłkarza, musi się w jakiś sposób interesować tematem i pewnie wie, kiedy coś doradzić, zaznaczyć, pocieszyć czy pochwalić za dane zagranie. (Tak siedzę i myślę sobie, że łatwiej po prostu zostać kochanką...)

***
Poznałyście już odpowiedzi na nurtujące nas od wieków pytania, mam nadzieję, że rozwiało to chociaż część waszych wątpliwości związanych z trudami bycia fanką futbolu. Nie ma potrzeby ukrywania się, strach, że powiemy coś nie tak, rzucimy głupią uwagę i staniemy się w oczach mężczyzn ''głupiutkimi kobietkami'', jest irracjonalny. No, pod warunkiem, że nasze ''kibicowanie'' nie wygląda w sposób następujący:

Także tego. Jeżeli jeszcze jakieś pytania zaświtają w waszych głowach, dajcie mi znać w komentarzu, mój sztab ekspertów spróbuję coś na to zaradzić!

PS.: Za pomoc w tworzeniu artykułu serdecznie dziękuję wszystkim chłopakom, którzy zgodzili się na rozmowę. Większości z nich nie znałam wcześniej, a ten mały wywiad był naszą pierwszą wymianą zdań, więc również gratuluję odwagi! A bo mało to zboczeńców się po internecie kręci...? Gorące podziękowania składam również na ręce moich koleżanek blogerek i użytkowniczki 07zielona - dzielnie pomagały mi w zbieraniu materiału. Na koniec, w ramach rozrywki dla władających hiszpańskim czytelniczek, zostawiam wam całą, koszmarnie długą, dwuminutową rozmowę z Ricardo.


08 maja 2013

He came to us from heaven...



                              
Cóż, nie do końca wiem od czego zacząć. Żadne słowa nie wyrażą tego, co czuję. Zupełnie inaczej wyobrażałam sobie moją reakcję. Miałam płakać, a jestem po prostu poruszona. Każdy już chyba wie, że Boss odchodzi. Każdy powoli oswaja się z tą nowiną. Każdy przeżywa to w inny sposób. Niebawem emocje opadną, nad Old Trafford uniesie się biały dym, a oczy wszystkich kibiców z całej Premier League zwrócą się na następcę sir Alexa Fergusona. Na następcę tego, który uczynił Manchester United najbardziej utytułowanym klubem w Premier League. Wyniósł na piłkarskie wyżyny. Człowiek ten będzie miał przed sobą nie lada wyzwanie. Utrzymać kolosa na powierzchni. Wtoczyć głaz jeszcze wyżej.

Ośmielę się powiedzieć, że sir Alex pozostawił drużynę kompletną. Najsilniejszą w porównaniu do ostatnich kilku sezonów. Myślę nawet, że lepszą niż tą z Moskwy. Czasy zmieniają się bardzo szybko. Większość klubów robi postępy. Na naszych oczach rodzą się legendy, krystalizują się drużyny, które sięgać będą o najwyższe trofea. Gdzieś w tle upadają gwiazdy i umierają duchy zespołów. Jednak tego nie widać, to jest tylko marginesem. Na ich miejsce wchodzą młode wilczki wgryzające się i napawające smakiem zwycięstwa. Liga kilka lat temu a liga dzisiaj różną się zasadniczo. Coraz więcej jest "smaczków", agresji i coraz mniej pewności o dobry wynik. Coraz ciężej jest wygrywać i trzymać się kurczowo ścisłej czołówki. Demon pieniędzy napędza karuzelę piłkarską, a ta kręci się o wiele szybciej niż jeszcze całkiem niedawno...

Facet jest cholernym perfekcjonistą. Nigdy w historii Manchesteru United nie będzie drugiego Fergusona. Będą zupełnie inni trenerzy, wcale nie gorsi. Jednak piętno jakie wywarł sir Alex na tym klubie, na całej Premier League jest unikatowe, niezmienne. Na zawsze zostanie zapamiętany jako trener Manchesteru United.
Mawiał często, że nie ma ludzi niezastąpionych. Nie ma. Jego też można zastąpić. Ale nikt oprócz najzagorzalszych rywali Czerwonych Diabłów nie chce tego robić. Bo pozostawia po sobie dziurę, lukę, pustkę obok wspomnianej kompletnej drużyny i wspaniałej historii, którą sam napisał... Nie oszukujmy się, właśnie kończy się pewien rozdział w dziejach angielskiej piłki. Nic już nigdy nie będzie takie samo. No może postępująca siwizna Giggsa i uśmiech na twarzach kibiców. Nie jesteśmy pewni przyszłości. Może nie być kolorowo. Zawsze jednak będziemy mogli wspomnieć to, czego żaden inny klub nie miał.
Odniosę się jeszcze do tej kompletnej drużyny, bo trąbię o niej w co drugim akapicie. Jak to kompletna? Przecież ten sezon wcale nie był taki niesamowity. Co to jest jedna korona? Cóż, myślę że w chłopcach drzemie niezwykły potencjał. Musimy zrobić wietrzenie magazynów. Musimy pozbyć się kilku piłkarzy. To będzie nieuniknione. Ten sezon także wniósł świeżość w nasze szeregi. Kolejny będzie zagadką, której kontury, jednak, znamy..


Odejście Bossa traktowane jest jako tragedię. Niektórzy porównują ją ze śmiercią legendy. Cóż, wydaje mi się, że kto jak kto, ale Ferguson na tamten świat się nie wybiera. Ma tyle pasji, talentów. Nareszcie znajdzie czas na pielęgnację działkowego ogródka... Tylko czy aby na pewno trawa będzie miała ten sam kolor? Kolor marzeń. Z Teatru Marzeń.
                              

05 maja 2013

Podeprzyjcie powieki zapałkami i przeczytajcie: Liverpool 0:0 Everton.

Ledwie żyję, ale żyję. Niby głupie dziewięćdziesiąt trzy minuty siedzenia na tyłku i gapienia się na kilku dobrych piłkarzy i kilkunastu inwalidów, a i tak jestem wycieńczona.

W ten oto sposób kibice Liverpoolu dziękowali kolegom zza rzeki za wsparcie w sprawie Hillsborough. To naprawdę niesamowite- mimo iż niekiedy na boisku w czasie derbów jest ogień, to kibice szanują się i są w stanie udzielić sobie wzajemnego wsparcia. Ale na tym kończą się pozytywy tego spotkania.
Wyszliśmy na mecz składem, który od ostatniego tygodnia nie uległ żadnej modyfikacji. Wyszliśmy, mając w pamięci frajersko stracone dwa punkty w poprzednim spotkaniu, kiedy to najpierw nie utrzymaliśmy prowadzenia, a później, kiedy wydawało się, iż losy meczu jednak się odwrócą, sędzia nie uznał prawidłowo zdobytej przez Luisa Suareza bramki. Wyszliśmy na derby po raz ostatni ze składem zawierającym Carraghera, dla którego był to trzydziesty mecz przeciwko Evertonowi. I zaczęliśmy od faulu Gerrarda w środku pola. 

Myślę właśnie, czy opłaca się omawiać chronologicznie przebieg spotkania, w którym nikomu nic się nie chciało. Nie, nie opłaca się. Więc może po prostu usiądziemy sobie jak starzy, dobrzy znajomi i poplotkujemy o kilku najważniejszych sprawach?

1. Najlepszy zawodnik w czerwonym trykocie. 
Szczerze mówiąc, waham się bardzo. Niestety, nie z tego powodu, że mam zatrzęsienie kandydatów. Po prostu nie wiem, czy większe wrażenie wywarła na mnie waleczność Gerrarda, czy może stalowość Aggera. On jest kuloodporny, mówię wam. Śmiem twierdzić, że gdybym była ze dwa lata młodsza i w dzisiejszym meczu widziała Stevena po raz pierwszy, zakochałabym się bez pamięci w jego precyzyjnych crossach do Sturridge'a, inteligentnych faulach, pracy w defensywie i pięknych oczach. Ewentualnie jeszcze w zgrabnych udach. I może... No, pomińmy to. Natomiast dodać do tych peanów możemy jeszcze jego rzut wolny z trzydziestej drugiej minuty, któremu dosłownie centymetrów brakowało do transformacji w wyjątkowej urody bramkę. Ehh, gdyby ktoś mógł przed każdym meczem wmawiać naszemu kapitanowi, że zaraz wyjdzie na Everton... Malutkie plusiki postawiłam też przy nazwiskach Lucasa i Coutinho, bo ten pierwszy naprawdę wreszcie obudził się z porekonwalescencyjnego letargu, drugi natomiast może grać z uciętą nogą, a i tak będzie błyszczał geniuszem. Zastanawiam się, co zrobić z Carragherem, ale po znajomości chyba też zaliczę go do Grupy Tych, Którzy Jakoś Tam Jednak Grali. W końcu dostał niesamowicie trudne zadanie, gdyż w polu karnym musiał przedzierać się przez gąszcz włosów Fellainiego. Krył go raz lepiej, raz gorzej, ale przeżył, więc punkt dla niego. 

2. ''Niezłe centry Enrique'', Glen Johnson i inni przegrani.
Nie mam pojęcia, gdzie komentator widział tę ''niezłość'', ale na pewno nie w celności tychże podań. Gra Jose naprawdę dzisiaj bolała, i to bardzo. Nie wiem, czy ja za dużo od niego wymagam?
Glen za to dzisiaj w ogóle pozostawał poniżej krytyki przez całe spotkanie. Był ogrywany przy każdej możliwej okazji, psuł wypracowane przez kolegów akcje, i w ogóle dajcie mi Kelly'ego. Kolejna Złota Malina futbolu wędruje dziś do Sturridge'a. No bo kto to widział, być tak samolubnym w takim meczu? Panie, popisywać to się pan możesz z Newcastle przy stanie 6:0. Poza tym, czas chyba powtórzyć naszą mantrę: brakowało wykończenia.

3. Zmiany, zmiany.
Najpierw Borini za Hendersona, później Skrtel za Downinga, co w efekcie dało ustawienie przed bramką Reiny trzech obrońców ze Słowakiem w środku i przesunięcie Glena i Jose na skrzydła. Cieszę się, Brendnan, że jesteś optymistą, ale ta dwójka naprawdę do niczego się dziś nie nadawała. Oczywiście spuściłabym na to zasłonę milczenia, gdyby zaproponowane przez trenera zmiany były dla nas korzystne. Jednak Borini, po obiecującym początku z ubiegłego tygodnia, nagle zapomniał, że toto okrągłe czarno-białe   się kopie i sprawiał wrażenie dziecka wpuszczonego do sklepu z zabawkami - był tak oszołomiony, że nie wiedział, gdzie biec najpierw. Chyba czas powiedzieć już, że brakuje nam Suareza, prawda?
Podejrzewam, że Delfina była dziś najszczęśliwszym dzieckiem na świecie - tylu pajaców na jednym boisku na raz...

4. Fellaini. 
Wybaczcie, ale ja czuję się troszkę pokrzywdzona. Jakbym sama od niego łokciem z pięć razy dostała. Bo pracował, oj pracował nieprzepisowo. Niestety, nikt tego jakoś nie zauważył, ale czy to pierwszy raz?
A mówią, że to Suarez jest brutalem... Nawiasem mówiąc, powiedzcie, jak to zrobić, żeby podkraść Evertonowi Jagielkę. Niesamowity instynkt, bardzo przyjemnie patrzyło mi się na jego grę w obronie. A skoro już jesteśmy przy obronie i niesprawiedliwym traktowaniu, to należy chyba wspomnieć o sytuacji z pięćdziesiątej piątej minuty, kiedy Distin strzelił bramkę, która została przez sędziego nieuznana z powodu faulu, otóż ten sam zawodnik podobno oparł się o Carraghera. Podobno, bo gdyby mnie wzięto na tortury, powiedziałabym, że przewinienia nie było, ale cii, nikomu nie mówcie. 

Na koniec, starając się przepędzić jakoś ten pomeczowy marazm, chciałam pokazać wam najbardziej profesjonalną wymianę zdań, na jaką było stać dwie największe kibicki LFC w Polsce tuż po końcowym gwizdku.


02 maja 2013

Ostatnie wydarzenia w obiektywie Silene.

Dorwawszy kilka dni temu aparat fotograficzny umyśliłam sobie, że skoro jest w moim otoczeniu tyle rzeczy, którymi chciałabym się z wami podzielić, a do głowy przychodzi mi tyle spostrzeżeń, które trzeba przedyskutować, to po prostu to zrobię. Operator kamery i fotograf ze mnie kiepski, właśnie dlatego w internecie nie ma jeszcze sex-tape z Gerrardem, ale com zrobiła, tom zrobiła, zapraszam!

1. 
Moi byli i obecni ukochani mężczyźni w komplecie. Nie, Rod się do nich nie zalicza. Carra czeka jeszcze na chwilę uwagi z mojej strony i zapewne dostanie ją po swoim ostatnim meczu, kiedy już uświadomię sobie, że będę musiała zrezygnować z mojego ukochanego rumuńskiego komentatora i oglądać mecze na Sky Sport, żeby widywać go regularnie. Stevena mam już za sobą i o tej autobiografii mogę powiedzieć tylko jedno - żałuję, że tak szybko się skończyła. Świetnie zrównoważyły ją za to patetyczne bzdury prosto z Torresolandii, bo jedyne uczucie, jakie wywołał u mnie tekst tej książki, to mdłości. Niestety, ale przeczytałam ją o kilka lat za późno.

2.
To co, majówka, dziewczyny? Mój plecak już czeka. A że w tym roku, dzięki maturzystom, mam aż dwa tygodnie wolnego, to na pewno urządzę sobie jakąś wycieczkę. Najpewniej zza biurka przed telewizor. Nawiasem mówiąc, moje powszechnie widoczne ''oznakowanie'' w postaci Liverbirda na wszelkich możliwych częściach garderoby, w końcu zaczyna przynosić skutki, bo mnie panowie zaczepiają na ulicy. Pierwszy krok w kierunku znalezienia idealnego chłopaka! Czekam tylko, aż średnia ich wieku trochę spadnie, czterdziestolatkowie to nie mój przedział. Wybacz, Carra. 

3. 
Moja ulubiona ostatnimi czasy rozrywka. Bo ciągle wygrywam. 

4.
Wiecie, co to jest? Nie? To jest coś, co zaniosę mojemu chirurgowi plastycznemu i powiem: ''O, tak chcę wyglądać''. A mówiąc poważnie, to prezent od utalentowanej koleżanki, która zaraziła pasją rysowania i mnie. Pomijam fakt, iż podobno najpierw chciała ''ubrać'' mnie w koszulkę Barcelony... To w ręku to zapewne książkowa wersja mojego bloga, he he. 

5.
Wchodzę na serwisy plotkarskie - on. Wchodzę na fora piłkarskie - znowu on. Otwieram lodówkę... Niestety, sałaty nie miałam. Ale czy to nie jest przesada? Powiecie pewnie, że kiedyś sama miałam na dysku jego zdjęcia liczone w tysiącach, że byłam pierwszą, która komentowała pojawiające się na ciachach artykuły z jego nazwiskiem, że dzięki niemu przeżyłam barwny i obfitujący w wiele radości związek z naszą rodzimą Ekstraklasą. A teraz mi się nagle odwidziało. No i pewnie miałybyście rację, bo przecież Lewy nic takiego nie zrobił ani Lechowi, ani kibicom, ani tym bardziej uprawiającym fangirling dziewczynom, przecież w żółtym też mu do twarzy. Ale ja, jako urodzony hipster, nie mogę zdzierżyć nadmuchiwania balonika przez media, nie mogę zdzierżyć tego, że w ostatnim meczu z Realem Robert, zamiast oddać Xabiemu, teatralnie chwycił się za twarz. Drażni mnie to, że jak pięć lat mówiłam, że jest niesamowity, to nikt mi nie wierzył, a teraz nagle wszyscy są lewandologami. Lewandykami. No, ekspertami od jego kariery. Panie Kucharski, konkurencja panu rośnie. 

6.
Gotowi na finał? Ja jak najbardziej. Obejrzę go w babskim gronie i więcej będzie pewnie ploteczek, jedzenia i chichotania, niż kibicowania, ale w sumie czuję się przed tym najważniejszym meczem sezonu tak, jak do niedawna czułam się przed meczami Barcelony. Wiadomo, kto wygra, więc po co to oglądać. Oczywiście gol któregoś z Polaków zamieni datę 25 maja na święto narodowe, a wygrana zespołu z Monachium spowoduje niesamowitą rewoltę w gimnazjach i supermarketach, bo wszyscy chłopcy będą nagle chcieli być Robbenem, dziewczynki zakochają się w Riberym, a sieć Tesco będzie musiała przerobić trącący Chinami herb Manchesteru drukowany na piórnikach i zeszytach na coś, co chociaż będzie przypominać logo Bayernu. Nie, to nie jest oryginalna koszulka. To nie jest nawet moja koszulka. Ona pamięta jeszcze czasy, w których mój brat miał z wychowania fizycznego coś lepszego, niż tróję na semestr. A to było dawno, uwierzcie mi. 

7.
Kończąc piłkarskie dywagacje powiem wam, że mój lektor w szkole językowej mi ostatnio wszedł na ambicję. Omawialiśmy formy gramatyczne opowiadania o swoich umiejętnościach i spytał mnie, czy to, że interesuję się futbolem, znaczy też, że sama umiem grać. No cóż, jak widać, kopię sobie od czasu do czasu... Że sezon się kończy? Bzdura, mój się dopiero zaczyna. Na własnym ogródku podwórku co prawda, ale gdyby ktoś potrzebował pomocy na działce, to ja i na wyjeździe mogę... 

***
Chcecie się czymś podzielić, pogadać o ostatnich ploteczkach z piłkarskiego świata, ponarzekać na Lewandowskiego? Piszcie w komentarzach!

Poznajmy się lepiej cz. 3


To jest trzecia i ostatnia odsłona „Poznajmy się lepiej” Należy ona do mnie i szczerze mówiąc nie było mi łatwo to napisać. Ciężko jest opisywać samego siebie, ale jakoś dałam sobie radę, a czy dobrze zadecydujecie wy. Tak, więc tak wygląda mój alfabet:



Aleksandra i Alicja.Dwie najlepsze blogerki na tej ziemi i moje przyjaciółki. Olę „poderwałam na Gerrarda” na ciachach, a Alicję
 poznałam troszkę później już na Facebooku. Cóż mogę o nich powiedzieć? Świetne dziewczyny, które na zawsze odmieniły moje życie J


Barcelona.Największy błąd kibicowski jaki zrobiłam . Na samym początku swojej piłkarskiej przygody kibicowałam właśnie FCB. Powodem tego był David Villa i dzięki niemu widziałam siebie siedzącą na Camp Nou w trykocie z numerem 7 na plecach i z szalikiem w ręce głośno dopingującą swoją drużynę. Jednak, gdy dorosłam zrozumiałam, że znajomość piłkarskich metryk i całej historii to nie kibicowanie  i, że miłości do klubu nie da się na tym stworzyć.


Ciacha.net Serwis, który uświadomił mi, że będąc dziewczyną też mogę kochać piłkę i nie jestem wcale gorsza od chłopaków. Ten serwis poznałam w 2010 roku poprzez trwający Mundial. Jednak wiele czasu wahałam się czy założyć konto. Założyłam je na początku 2012 roku o nicku „kulka1777”. <do dnia dzisiejszego nie wiem co mi do głowy strzeliło, żeby było, aż tyle siódemek> Odłączyłam się od tego serwisu wraz z Alą i Olą, aby stworzyć coś innego, a jednocześnie robiąc to co kocham. Czy żałuję, że zupełnie zrezygnowałam z ciach? Szczerze mówiąc nie, bo zyskałam coś więcej w postaci UniLiverCity.


Dziennikarstwo. Od początku swojej piłkarskiej przygody podziwiałam w telewizji Mateusza Borka. Zawsze cierpliwie czekałam na wydanie wiadomości sportowych w jego wykonaniu. Jednak nie  wiedziałam, że w późniejszym czasie okaże się, że w stronę dziennikarstwa pognają moje wszystkie marzenia. Dziś już wiem, że to cudowny zawód, że miło było by to robić, ale nic na siłę. 


España. Kraj, który poprzez reprezentację zaprowadził mnie do świata piłki. Jednak oprócz futbolu zachęcił mnie do swojego języka i swojej kultury.




Fotografia. Bardzo lubię robić zdjęcia zwłaszcza przyrody. Nie interesuje mnie to czy wychodzi mi to dobrze czy źle ważne, że lubię to robić ;)




Gotowanie. Moja wielka pasja. Od dziecka mama zaganiała mnie do kuchni, a z czasem sama zaczęłam do niej przychodzić, aby pomóc. Tak mi zostało do dziś i jako nastolatka dużo czasu spędzam w kuchni co po prostu sprawia mi przyjemność.




Hart. O nim nie trzeba mówić za dużo :)






Imiona. Całkiem nie dawno przeszukiwałam internet w pogoni za trzecim imieniem. Okazało się, że na żadne imię nie mogę się zdecydować, bo nie pasuje mi do pierwszego i drugiego. Pewnego dnia wpadłam na pomysł, aby wybrać imię jednej z moich przyjaciółek. Padło na Olę. Tak, więc brokenheart45 to tak naprawdę Patrycja Monika Aleksandra B.



Jamie Carragher. Mój ukochany pierniczek z Liverpoolu <3 Cudny piłkarz i żywa historia LFC. Jego poznanie zawdzięczam nikomu innemu jak Silene, która wprowadziła mnie do świata Liverpoolu i pozwoliła mi go poznać. (Dziękuję!)





Kluby. Kluby, którym kibicuję:

  • Liverpool FC
  • Manchester City
  • oraz okazjonalnie wielu innym :)


Lista miejsc do zwiedzenia. Prowadzę taką listę i zapisuję na niej kraje, które mi się podobają i chciałabym je odwiedzić. Oto parę z 
punktów tej listy:

  • Hiszpania
  • Anglia
  • Portugalia
  • Bośnia i Hercegowina
  • Dania




Muzyka. Jest to nieodłączna część mnie. Nie wyobrażam sobie dnia bez słuchania swojej ulubionej muzyki. Zawsze ze słuchawkami w uszach i w swoim świecie.



Nightwish. Zespół, który zupełnie zmienił moje gusta muzyczne. Piosenka „The poet and the pendulum” była moją pierwszą, którą polubiłam i dzięki niej ze słodkich piosenek przeszłam na mroczne. Teraz metal czy mocny rock są moją miłością.





Oasis. Zespół bardzo mocno związany z Manchesterem City. Dzięki Joe Hartowi poznałam „Wonderwall” i zostałam z tym zespołem na dłużej.






Pseudonim. W szkole podstawowej, a dokładnie na samym jej początku chłopcy z mojej klasy nazwali mnie „Ronaldinho” <od razu mówię, że nie jestem do niego podobna> Ten pseudonim wziął się z tego, że będąc małą dziewczynką lubiłam grać z kolegami na korytarzu w piłkę, a dokładniej nie piłką, a korkiem od butelki. Jest to jedno z milszych wspomnień z tamtych czasów.





Reprezentacja. Nigdy właściwie nie kibicowałam reprezentacji Polski w piłkę nożną i chyba tak pozostanie.




Sport. Oprócz piłki nożnej lubię też różnego rodzaju sztuki  walki. Każda gala KSW jest dla mnie świetną zabawą i przyjemnością, bo odczuwam wtedy inne emocje niż te piłkarskie.





Temperament. Ten kto nie poznał mnie osobiście nie wie, że mam niezły charakterek. Każdy powie o mnie coś innego jednak jakbym miała sama siebie opisać powiedziałabym, że jestem mściwa, ambitna i kiedy potrzeba chamska.



UniLiverCity. Blog, który dla każdej z nas jest czymś wielkim. Angażujemy się w niego i przekazujemy wam swoje uczucia związane ze sportem, który kochamy. Jednak ULC to nie tylko my i nasze uczucia, ale i nasi czytelnicy. Bez nich nie byłoby tego wszystkiego.

Włosy. A właściwie ich kolor jest dla mnie chwilami problemem. Bycie blondynką nie jest łatwe. Wszyscy kierują się stereotypami, że jak blondynka to „głupia i pusta”. Nie jednokrotnie ludzie przypisywali mi te cechy, ale mimo wszystko chwilami jestem dumna, że posiadam taki, a nie inny kolor. Mogę tym ludziom udowodnić, że to wszystko nie jest prawdą.



You’ll never walk alone” piosenka, która za każdym razem rozrywa moje serce na kawałki. Jednak jest jedną z moich ulubionych i za każdym razem w mojej głowie huczy milion kibiców śpiewających ten hymn z całym swoim sercem.




Zakończenie. No właśnie nie lubię jak się coś kończy, a to właśnie jest już koniec.



***

Serdecznie was zapraszam do oddania głosu w ankiecie na temat nowych zmian na blogu i wszystkich jego kontach :)

28 kwietnia 2013

Czy istnieje życie bez Suareza? Newcastle 0:6 Liverpool.

Przed meczem mowa była wyłącznie o Luisie. ''Cały skład koncentrował się wokół niego.'', ''Kto dzisiaj pokaże zęby?'' i miliard innych zdań zawierających jego nazwisko. Okazało się to zupełnie zbędne, bo Liverpool pokazał, że świetnie radzi sobie w uszczuplonym składzie, zaliczając tym samym najwyższe wyjazdowe zwycięstwo w historii Premier League.

Nawet nie zdążyłam wgryźć się dobrze (a nuż dostałabym bana na dziesięć meczów...) w jedną ze stosu kanapek, które sobie przezornie, zakładając nudnawe widowisko, przygotowałam, a już prowadziliśmy 1:0 po pięknym strzale głową Daniela Aggera, który przelobował bramkarza i umieścił piłkę w siatce.
Obrazek
Cztery minuty później Coutinho spróbował po raz pierwszy prostopadłego zagrania w pole karne, które miało w tym meczu przynieść nam jeszcze wiele radości, jednak tym razem skończyło się na piłce w rękach bramkarza Newcastle. W międzyczasie panowie komentatorzy raczyli nas statystykami traktującymi o płacach zawodników z Anfield i okazało się, że nasi chłopcy zarabiają tyle samo, ile tegoroczny mistrz Niemiec, Bayern. Cóż, Silene kocha ich tak bardzo, że gdyby miała, dała by im jeszcze więcej. Ale wróćmy do przebiegu gry, bowiem w jedenastej minucie Glen podał do Sturridge'a i brakowało centymetra, a ten zamieniłby to na bramkę. Centymetra, bo sędzia uznał, iż Daniel był na spalonym. Cóż, był odosobniony w tej decyzji. To co, panie sędzio? Jakieś małe zawieszonko za dyskryminację rasową? Kolejne pięć minut to pokaz zaangażowania i walki ze strony The Reds. Ludzie, świat się kończy, Hendo jeszcze niedawno bał się pojedynków jeden na jeden, a wczoraj ściągnął na siebie dwóch obrońców! A w dodatku kilka minut później strzelił bramkę. Pokuszę się o strzałki Gmocha, bo opisanie przebiegu tej akcji graniczy z cudem. 























W trzydziestej szóstej minucie obraz spotkania mógł ulec zmianie po tym, jak po dośrodkowaniu gospodarzy Perch znalazł się w idealnej sytuacji do zdobycia bramki głową. Agger by to skończył, pffff. Na szczęście mieliśmy więcej szczęścia niż rozumu, bo piłka nie trafiła nawet w światło. I to by było na tyle, jeżeli chodzi o zagrożenie ze strony Newcastle w tym meczu. No, chyba że mówimy o zagrożeniu zdrowia i życia, otóż kartki sypały się gęsto, a wyjątkowy urodzaj na nie miał miejsce w okolicy czterdziestej minuty- Gutierrez zarobił żółtą za faul na Sturridge'u, Taylor za desperackie zatrzymanie naszego napastnika (bezradność pchnęła go do tego niecnego czynu - Daniel wymijał zawodników jak pachołki), a Cabaye za przepychanki z Johnsonem, najzagorzalej faulującym zawodnikiem po stronie Liverpoolu. Po doliczeniu dwóch minut sędzia odgwizdał koniec pierwszej połowy.

Tuż przed rozpoczęciem drugiej powiało grozą, przyznaję - na boisku pojawił się pan Ben Arfa i faktycznie w ofensywie Newcastle coś drgnęło, bo udało im się nawet dostać w nasze pole karne. Jednak co z tego, kiedy w pięćdziesiątej drugiej minucie znowu dał o sobie znać tandem Coutinho - Sturridge, a ten drugi zdobył gola mocnym strzałem w środek bramki.

Chwilę później Newcastle mogło mieć nadzieję na zmniejszenie różnicy bramkowej, jednak sędzia uznał, że Lucas zagrywający ręką w polu karnym zrobił to nieumyślnie. Niewykorzystane i nieodgwizdane sytuacje się mszczą, bo w sześćdziesiątej minucie Gerro uruchomił Hendersona długim podaniem, ten oddał piłkę lepiej ustawionemu Sturridge'owi i cała akcja zmieniła cyferkę na tablicy wyników z trójki na czwórkę. Później miejsce miało coś, co pan Przemek Rudzki nazywa ''rachitycznym strzałem'' i zmusza mnie tym do siedzenia na meczu ze słownikiem. Dokładniej mówiąc, Sissoko próbował zdziałać coś pod bramką Reiny, jednak Agger był czujniejszy i zatrzymał akcję. Mieliśmy też okazję powkurzać się w końcu trochę na naszego napastnika dążącego do ustrzelenia hat-tricka. Szkoda tylko, że przy okazji nie zauważył lepiej ustawionego Coutinho. Wam też wydaje się, że -bez urazy- czarni piłkarze są strasznie samolubni? W siedemdziesiątej drugiej minucie po raz pierwszy w tym sezonie boisko opuścił Steven Gerrard. Zmienił go powracający po kontuzji Borini, który właściwie z miejsca wpisał się na listę strzelców, zaliczając drugi kontakt z piłką i piątego gola w meczu jednocześnie.

Czy on... gryzie... rękę? Boże, chłopie, marnujesz sobie karierę! Po dwóch minutach drugą żółtą kartkę dostał Debuchy za faul na naszym młodym Brazylijczyku, do rzutu wolnego podszedł Jordan Henderson i trafił bezpośrednio do siatki, a Silene umarła z rozkoszy. Zmartwychwstała tylko dlatego, że miała nadzieję na trzeciego hendowego gola. Do końca meczu wynik pozostał bez zmian, mimo że to nie był koniec prób, a Brendan wpuścił na boisko jeszcze Jonjo.

No, także ten. Tyle o samym przebiegu meczu. Czas chyba teraz zastanowić się nad najważniejszą kwestią - czy Liverpool bez Suareza jest lepszy od Liverpoolu z Suarezem? Mimo peanów na cześć obecnego składu nie sądzę, by wczorajszy występ był efektem braku naszego najlepszego zawodnika. Po prostu chłopcy zmobilizowali się dwa razy bardziej, bo, nie mogąc liczyć na geniusz jednostki, musieli stworzyć dobrze pracujący kolektyw. Taka jest moja teoria. Niestety, lekko podważają ją statystyki, otóż gdyby stworzyć tabelę punktującą tylko i wyłącznie gole najlepszych strzelców w drużynach, The Reds znaleźliby się na... ósmym miejscu - gole El Pistolero to tylko 17% wszystkich bramek zdobytych przez nas w obecnym sezonie. Cóż więc spowodowało zryw we wczorajszym meczu, poprzedzony przecież trzema pechowymi remisami? Powiedzmy sobie szczerze, przeciwko drugiej najlepszej ofensywie w lidze stanęła najsłabsza obrona, więc nie mogło zakończyć się to inaczej, czy z Luisem, czy bez niego.

Co cieszy mnie najbardziej? Na pewno najlepszy mecz Lucasa od czasu powrotu po kontuzji. Walczył, unikał głupich fauli, a kwintesencją tego był niesamowicie precyzyjny, acz ryzykowny odbiór piłki tuż przed naszym polem karnym, co być może uratowało nasze czyste konto. W drugiej kolejności gol Boriniego. Nie jest tajemnicą, że mam do niego słabość i z każdego jego występu cieszę się podwójnie. Dzisiaj znowu pokazał, że będą z niego ludzie, świetnie porusza się bez piłki i za jakiś czas może dostawać szanse nawet w wyjściowej jedenastce. Ten jakiś czas, to jakieś dwa lata, nie oszukujmy się, ale i tak się jaram. Zawodnik meczu? Zdecydowanie Philippe. Z jednej strony drżyjcie narody, mamy świetnego kreatora gry, a z drugiej, jak sobie pomyślę, że on jest tylko dwa lata starszy ode mnie i na takiej gówniażerii opiera się gra mojego ukochanego klubu, to zaczynam się bać. Ale czas pokaże, czy słusznie. Przechodząc do obrony, zdecydowanie wyróżnił się Carragher- to temat na osobny wpis, dzisiaj powiem tylko tyle, że jeszcze będzie żałował, iż decyzję o odejściu podjął w momencie zwyżki formy.

Najzabawniejsze jest to, że przeważamy tylko, jeżeli chodzi o wynik. Wszystkie inne liczby są dla nas niekorzystne. Posiadanie: 53% - 47%, spalone 2-7. Powinno mnie to martwić? A skąd! Świetnie, że nie zajeżdżamy sami siebie miliardem podań i w efekcie po pierwszej połowie piłkarze nie biegają z językami na brodzie, nie mogąc złapać oddechu, a mimo to wygrywają tak efektownie.