28 kwietnia 2013

Czy istnieje życie bez Suareza? Newcastle 0:6 Liverpool.

Przed meczem mowa była wyłącznie o Luisie. ''Cały skład koncentrował się wokół niego.'', ''Kto dzisiaj pokaże zęby?'' i miliard innych zdań zawierających jego nazwisko. Okazało się to zupełnie zbędne, bo Liverpool pokazał, że świetnie radzi sobie w uszczuplonym składzie, zaliczając tym samym najwyższe wyjazdowe zwycięstwo w historii Premier League.

Nawet nie zdążyłam wgryźć się dobrze (a nuż dostałabym bana na dziesięć meczów...) w jedną ze stosu kanapek, które sobie przezornie, zakładając nudnawe widowisko, przygotowałam, a już prowadziliśmy 1:0 po pięknym strzale głową Daniela Aggera, który przelobował bramkarza i umieścił piłkę w siatce.
Obrazek
Cztery minuty później Coutinho spróbował po raz pierwszy prostopadłego zagrania w pole karne, które miało w tym meczu przynieść nam jeszcze wiele radości, jednak tym razem skończyło się na piłce w rękach bramkarza Newcastle. W międzyczasie panowie komentatorzy raczyli nas statystykami traktującymi o płacach zawodników z Anfield i okazało się, że nasi chłopcy zarabiają tyle samo, ile tegoroczny mistrz Niemiec, Bayern. Cóż, Silene kocha ich tak bardzo, że gdyby miała, dała by im jeszcze więcej. Ale wróćmy do przebiegu gry, bowiem w jedenastej minucie Glen podał do Sturridge'a i brakowało centymetra, a ten zamieniłby to na bramkę. Centymetra, bo sędzia uznał, iż Daniel był na spalonym. Cóż, był odosobniony w tej decyzji. To co, panie sędzio? Jakieś małe zawieszonko za dyskryminację rasową? Kolejne pięć minut to pokaz zaangażowania i walki ze strony The Reds. Ludzie, świat się kończy, Hendo jeszcze niedawno bał się pojedynków jeden na jeden, a wczoraj ściągnął na siebie dwóch obrońców! A w dodatku kilka minut później strzelił bramkę. Pokuszę się o strzałki Gmocha, bo opisanie przebiegu tej akcji graniczy z cudem. 























W trzydziestej szóstej minucie obraz spotkania mógł ulec zmianie po tym, jak po dośrodkowaniu gospodarzy Perch znalazł się w idealnej sytuacji do zdobycia bramki głową. Agger by to skończył, pffff. Na szczęście mieliśmy więcej szczęścia niż rozumu, bo piłka nie trafiła nawet w światło. I to by było na tyle, jeżeli chodzi o zagrożenie ze strony Newcastle w tym meczu. No, chyba że mówimy o zagrożeniu zdrowia i życia, otóż kartki sypały się gęsto, a wyjątkowy urodzaj na nie miał miejsce w okolicy czterdziestej minuty- Gutierrez zarobił żółtą za faul na Sturridge'u, Taylor za desperackie zatrzymanie naszego napastnika (bezradność pchnęła go do tego niecnego czynu - Daniel wymijał zawodników jak pachołki), a Cabaye za przepychanki z Johnsonem, najzagorzalej faulującym zawodnikiem po stronie Liverpoolu. Po doliczeniu dwóch minut sędzia odgwizdał koniec pierwszej połowy.

Tuż przed rozpoczęciem drugiej powiało grozą, przyznaję - na boisku pojawił się pan Ben Arfa i faktycznie w ofensywie Newcastle coś drgnęło, bo udało im się nawet dostać w nasze pole karne. Jednak co z tego, kiedy w pięćdziesiątej drugiej minucie znowu dał o sobie znać tandem Coutinho - Sturridge, a ten drugi zdobył gola mocnym strzałem w środek bramki.

Chwilę później Newcastle mogło mieć nadzieję na zmniejszenie różnicy bramkowej, jednak sędzia uznał, że Lucas zagrywający ręką w polu karnym zrobił to nieumyślnie. Niewykorzystane i nieodgwizdane sytuacje się mszczą, bo w sześćdziesiątej minucie Gerro uruchomił Hendersona długim podaniem, ten oddał piłkę lepiej ustawionemu Sturridge'owi i cała akcja zmieniła cyferkę na tablicy wyników z trójki na czwórkę. Później miejsce miało coś, co pan Przemek Rudzki nazywa ''rachitycznym strzałem'' i zmusza mnie tym do siedzenia na meczu ze słownikiem. Dokładniej mówiąc, Sissoko próbował zdziałać coś pod bramką Reiny, jednak Agger był czujniejszy i zatrzymał akcję. Mieliśmy też okazję powkurzać się w końcu trochę na naszego napastnika dążącego do ustrzelenia hat-tricka. Szkoda tylko, że przy okazji nie zauważył lepiej ustawionego Coutinho. Wam też wydaje się, że -bez urazy- czarni piłkarze są strasznie samolubni? W siedemdziesiątej drugiej minucie po raz pierwszy w tym sezonie boisko opuścił Steven Gerrard. Zmienił go powracający po kontuzji Borini, który właściwie z miejsca wpisał się na listę strzelców, zaliczając drugi kontakt z piłką i piątego gola w meczu jednocześnie.

Czy on... gryzie... rękę? Boże, chłopie, marnujesz sobie karierę! Po dwóch minutach drugą żółtą kartkę dostał Debuchy za faul na naszym młodym Brazylijczyku, do rzutu wolnego podszedł Jordan Henderson i trafił bezpośrednio do siatki, a Silene umarła z rozkoszy. Zmartwychwstała tylko dlatego, że miała nadzieję na trzeciego hendowego gola. Do końca meczu wynik pozostał bez zmian, mimo że to nie był koniec prób, a Brendan wpuścił na boisko jeszcze Jonjo.

No, także ten. Tyle o samym przebiegu meczu. Czas chyba teraz zastanowić się nad najważniejszą kwestią - czy Liverpool bez Suareza jest lepszy od Liverpoolu z Suarezem? Mimo peanów na cześć obecnego składu nie sądzę, by wczorajszy występ był efektem braku naszego najlepszego zawodnika. Po prostu chłopcy zmobilizowali się dwa razy bardziej, bo, nie mogąc liczyć na geniusz jednostki, musieli stworzyć dobrze pracujący kolektyw. Taka jest moja teoria. Niestety, lekko podważają ją statystyki, otóż gdyby stworzyć tabelę punktującą tylko i wyłącznie gole najlepszych strzelców w drużynach, The Reds znaleźliby się na... ósmym miejscu - gole El Pistolero to tylko 17% wszystkich bramek zdobytych przez nas w obecnym sezonie. Cóż więc spowodowało zryw we wczorajszym meczu, poprzedzony przecież trzema pechowymi remisami? Powiedzmy sobie szczerze, przeciwko drugiej najlepszej ofensywie w lidze stanęła najsłabsza obrona, więc nie mogło zakończyć się to inaczej, czy z Luisem, czy bez niego.

Co cieszy mnie najbardziej? Na pewno najlepszy mecz Lucasa od czasu powrotu po kontuzji. Walczył, unikał głupich fauli, a kwintesencją tego był niesamowicie precyzyjny, acz ryzykowny odbiór piłki tuż przed naszym polem karnym, co być może uratowało nasze czyste konto. W drugiej kolejności gol Boriniego. Nie jest tajemnicą, że mam do niego słabość i z każdego jego występu cieszę się podwójnie. Dzisiaj znowu pokazał, że będą z niego ludzie, świetnie porusza się bez piłki i za jakiś czas może dostawać szanse nawet w wyjściowej jedenastce. Ten jakiś czas, to jakieś dwa lata, nie oszukujmy się, ale i tak się jaram. Zawodnik meczu? Zdecydowanie Philippe. Z jednej strony drżyjcie narody, mamy świetnego kreatora gry, a z drugiej, jak sobie pomyślę, że on jest tylko dwa lata starszy ode mnie i na takiej gówniażerii opiera się gra mojego ukochanego klubu, to zaczynam się bać. Ale czas pokaże, czy słusznie. Przechodząc do obrony, zdecydowanie wyróżnił się Carragher- to temat na osobny wpis, dzisiaj powiem tylko tyle, że jeszcze będzie żałował, iż decyzję o odejściu podjął w momencie zwyżki formy.

Najzabawniejsze jest to, że przeważamy tylko, jeżeli chodzi o wynik. Wszystkie inne liczby są dla nas niekorzystne. Posiadanie: 53% - 47%, spalone 2-7. Powinno mnie to martwić? A skąd! Świetnie, że nie zajeżdżamy sami siebie miliardem podań i w efekcie po pierwszej połowie piłkarze nie biegają z językami na brodzie, nie mogąc złapać oddechu, a mimo to wygrywają tak efektownie.

27 kwietnia 2013

Jakie zasady piłki kopanej chciałybyście zmodyfikować?

Wiecie już, o czym dziś będziemy rozmawiać, prawda?

Pełna złych przeczuć zabierałam się za mecz z Chelsea. Złych, bo widziałam różnice w podejściu do ostatnio rozegranych przez obie drużyny meczów. The Blues, niesieni falą zwycięstw, mogli być bardzo groźni. My natomiast nie mieliśmy żadnego dodatkowego napędu, jedyne frustrację po dwóch fatalnych remisach. Dlatego też, mimo że marzyła mi się wygrana, swojego majątku raczej bym na to nie postawiła. Inna sprawa, że nie straciłabym zbyt wiele... No i faktycznie wszystko wskazywało na to, że czarny scenariusz się ziści. Tylko kto by przypuszczał, że będzie on aż tak czarny? Evra się chowa... 

Pomijając przebieg meczu i to, że prawie dostałam zawału ze zdziwienia, kiedy pan Rudzki, mówiąc o Benitezie, dodał: ''Ostatnio dużo się dzieje: rocznica katastrofy na Hillsborough, no i moje pięćdziesiąte trzecie urodziny...'', a ja przez dobre pięć minut byłam przekonana, że chodzi o niego samego, pomijając mały brendanowy jubileusz - pięćdziesiąty mecz w Liverpoolu, pomijając wszystko inne, skupmy się na Suarezie. Tak, wiem, to temat omówiony już wzdłuż i wszerz, ale pokuszę się o małą retrospekcję. W sześćdziesiątej ósmej minucie spotkania, przy wykonywaniu przez Chelsea rzutu rożnego, Luis, nie dość, że sprokurował karnego, to jeszcze ugryzł w ramię Serba Ivanovicia. Nie pierwszy raz coś takiego strzeliło mu do tego szalonego, urugwajskiego łebka, bo jeszcze za czasów Ajaksu posmakował szyi Otmana Bakkala z PSV Eindhoven. Ukarano go wtedy siedmiomeczową pauzą. No spoko, da się przeboleć, głupio zrobił. Później, już w Anglii, miał osiem spotkań przerwy z powodu Evry i rasistowskiego nie-podania-mu-ręki. Czujecie, jak to absurdalnie brzmi? Zwłaszcza w świetle późniejszych wygłupów samego ''poszkodowanego''. W międzyczasie zdarzyła mu się jeszcze 'Ręka Boga 2', czyli wybicie ręką piłki z linii bramkowej na Mundialu w RPA podczas meczu z Ghaną. Luis mało ma w sobie spokojnego, wyważonego angielskiego piłkarza. Bo też i nim nie jest. Jego poświęcenie kojarzyło mi się zawsze z młodymi chłopcami, którzy wrzucali śniadanie do kieszeni i na łeb na szyję zbiegali do kolegów na podwórko, żeby od rana do nocy rozgrywać mecze o honor i poważanie na osiedlu. Tylko czy dlatego, że Suarez aż tak wyróżnia się na tle zachowawczych, opanowanych Angoli, musi być traktowany inaczej? Musi być zawieszany z powodu tego, że: ''Mecz oglądało zbyt wielu ludzi, daje on zły przykład młodzieży, zapewnia pożywkę mediom, robi Premier League czarny PR i jest w top trendach na twitterze''? Nie, to nie żart, to prawdziwy raport FA. Czy ktoś w takim razie może pokazać mi raport z sytuacji, w której Defoe ugryzł Mascherano i -ojej, cóż za niedopatrzenie- dostał tylko żółtą kartkę? Podsumowując, to jedna z najbardziej absurdalnych sytuacji w mojej karierze kibica. Nie wybielam Luisa, chłopak naprawdę potrzebuje profesjonalnej pomocy i nauki radzenia sobie z emocjami, kary również, ale bez przesady, ok? Czy odejdzie od nas tego lata? W tym momencie marzę tylko o tym, żeby to się nie stało.

Przechodząc jednak do głównego problemu, który chcę dzisiaj poruszyć, zastanówmy się nad tym, czy nasz ukochany sport, piłka nożna, oparty jest na regułach, które bardzo, ale to bardzo chciałybyśmy zmienić. Na podstawie uaktualnienia przepisów gry z roku 2013 opracowałam własną listę:

1. Sztuczna nawierzchnia pola gry musi być koloru zielonego.
Really? A czy ktoś może wytłumaczyć mi, po co? Czy nie przyjemniej oglądałoby się nam mecze, gdyby kolor nawierzchni dobierany był do trykotów drużyny gospodarzy? Albo po prostu... różowy?


2. Wszystkie linie nie mogą mieć więcej niż 12 cm szerokości.
Nasuwa się pytanie, po co komu te linie? Żeby Robbie Fowler miał co wciągać?


3. Każdy zawodnik drużyny może zamienić się funkcją z bramkarzem.
No fantastycznie! To o co tyle krzyku było, jak Suarez jednak tę piłkę na MŚ ręką wybił?


3. Jeśli zawodnik ma pod spodem bieliznę, jej kolor musi odpowiadać głównemu kolorowi stroju podstawowego.
A tego to już w ogóle nie rozumiem. Z resztą, nie tylko ja... Stevie, pokaż państwu.


4. Piłka zostaje wprowadzona do gry, kiedy zostanie kopnięta i poruszy się do przodu.
Czy to aby nie jest trochę za łatwe? Proponuję wprowadzenie w Anglii specjalnych przepisów: piłka zostaje wprowadzona do gry, gdy zawodnik wprowadzający złapie się lewą dłonią za prawe ucho, podskoczy pięć razy na jednej nodze, przeturla się po boisku, trzy razy zakrzyknie imię swojej ukochanej i podrzuci w górę trenera drużyny przeciwnej. A za niewykonanie zadania będą kary. Dziesięć meczów od FA. A to i tak brzmi bardziej logicznie, niż to, co zrobiono Suarezowi. 

5. Rzut wolny bezpośredni przyznawany jest, gdy zawodnik atakuje przeciwnika ciałem.
He he he... A podobno homofobia jest zła.


To by było na tyle ode mnie, zdaję sobie sprawę z tego, że wpis ten ocieka rozgoryczeniem i kiepską ironią, ale dokładnie takie odczucia wywołuje we mnie cała ta sprawa. Powiedzcie, czy są jakieś przepisy w futbolu, które chciałybyście zmienić!

PS.:Nie zostawiajcie nigdy przy mnie Faktu ze zdjęciem szefa działu sportowego, bo takie rzeczy później wychodzą.

22 kwietnia 2013

WYNIKI KONKURSU!



Po długich i baaaaardzo żywiołowych obradach cała trójka z trudem wybrała zwyciężczynię konkursu.
Zgodnie musimy przyznać, że było naprawdę ciężko. Wszystkie uczestniczki podeszły do zadania z ogromnym zaangażowaniem, a każda praca była staranna i niesamowicie ciekawa. Niektóre Wasze propozycje zaskoczyły także i nas- jesteśmy pod ogromnym wrażeniem fantazji autorek.
Jednak dzień ogłoszenia werdyktu zbliżał się bardzo szybko. Każda z nas obrała jednego faworyta i stanęłyśmy do prawdziwej bitwy na argumenty. Na nic to się zdało…
Przyciśnięte do muru, przeliczyłyśmy w tajnym głosowaniu punkty (każda układała swoją kolejność i tak: za pierwsze miejsce dostawałyście punktów 8, za drugie 7, trzecie 6 i tak aż do zera). I dopiero matematyczne obliczenia pozwoliły nam rozstrzygnąć konkurs.
Ale do sedna: zwycięstwo w naszym mini-konkursie odniosła praca..*fanfary* AgrafkoV. 
Nasza nagroda już płynie do niej drogą pocztową. 
Jednak choć była naprawdę świetna, wyprzedziła kolejną dosłownie o włos.
Wszystkim dziewczynom serdecznie dziękujemy za wspólną zabawę i gratulujemy (a ja nawet zazdroszczę :) ) niesamowitych pomysłów. 

Poznajmy się lepiej, cz.2

Nie wiem od czego zacząć. Może zacznę od tego, że czuję się dziwnie podekscytowana i też troszkę przerażona, gdy te 6 tys. wyświetleń patrzy na mnie z lewej strony...
Alfabety piłkarskie to całkiem fajna sprawa, ale jestem pewna, że oni ułożyliby je na zupełnie inny sposób. Chociaż ja wstawiłabym hasło "Suarez <3" przy S w alfabecie Patrice'a Evry, to on skłoniłby się kaczej ku "Summer", "Singing while showering" czy obrałby jakieś inne słowo na S...
Jest jednak jeden alfabet, który na pewno wytypuję dobrze.
Mój alfabet.
A gdzie jest mój Snickers, ja pytam?


Acid Drinkers
I żeby nie było. Nie mam brody do pasa. Glanów. Czarnej skóry nabijanej półkilometrowymi gwoździami. Czarnych farbowanych włosów. Legginsów ze skóry węża. Myję włosy. Mój plecak jest z Nike, nie z wojska. Chodzę do kościoła. Na religię też. Czasami. 
Po prostu uwielbiam Acid Drinkers. I Tytusa. I śpię z jego autografem. I mam zdjęcie z koncertu Acid na tapecie...





Biedni moi znajomi
Dokładnie. Bo codziennie rano budzę się w świetnym nastroju. Zakładam kapcioszki z misiem. Gwiżdżę pod nosem ostatnie wersy Andziakowej przyśpiewki. Sprawdzam co też wydarzyło się piętnaście minut przed moja pobudką na asku/unilivercity/facebooku... Jak przeciętna nałogowiczka. 
I wtedy natrafiam na te moje 40 pytań z rzędu zadane Patrycji na asku. Każde na poziomie równym:
-Który Teletubiś był hetero, który bi, który homo, a który bawił się z odkurzaczem?‎  
A na facebooku widzę moje głębokie zwierzenia dziewczynom na temat stanu mojej szczęki po zderzeniu z niewinną urodą Toma Thorpe'a...
Naprawdę, moi znajomi, przyjaciele, rodzina... Ich wszystkich łączy fakt, że przeze mnie są biedni.

Czołgi
Bo...Alicja...ma czołgomanię. Nie wie nic na temat czołgów (oprócz tego, że są duże, rude i mają prawdziwą lufę), ale się jara. A to wszystko z jednego prostego powodu. Janek Kos. Moja pierwsza prawdziwa miłość. Tylko dla niego w wieku lat 4,5 obejrzałam wszystkie odcinki Pancernych. Dla niego zakazałam nazywać się Alicją i byłam Marusią. Aż do ich ślubu, bo potem... Potem to nie wypada...

D
ziadziuś
Czyli osoba, od której wszystko się zaczęło. Słowem wszystko określam całą moją przygodę z futbolem. Moje nieudolne próby gry. Moją fascynację piłką. 
A zaczęło się od Celticu Glasgow dawno, dawno temu. Później, po tygodniu, przeszło na Manchester i dziwnie się zatrzymało. 
Właśnie dziadzio wyjaśnił mi, że spalony to nie naprzemiennie położone ciemniejsze i jaśniejsze linie na boisku. Że ten krzykacz w innym stroju to nie trener-szaleniec, tylko sędzia. Że aut to nie to samo co gol. Że za trafienie w słupek wcale nie dostaje się bonusowych punktów... 
Dziadzio, który wymyśla najciekawsze teorie narkotyczno-dopalaczowe na świecie.

Evra



A co się będę rozwodzić. 
Jedyny Mu- Afroamerykanin, którego mogłabym poślubić. 
Ot co.

Fascynacje
Ala tak ma. Codziennie jest zauroczona czymś innym. Inną piosenką. Innym piłkarzem. Innym czymś. 
Trudno za nią nadążyć...

Geografia
Jedyny przedmiot, którego nie lubię. Kocham matmę, niemiecki, polski, historię,  fizykę, WF, angielski... Tylko nie geografię. Coś czego nie ogarniam. Nie pojmuję. Nie chcę pojmować. Lekcja, na którą idę ze spuszczoną głową, lękiem w sercu, drapaniem w gardle i straszną antygeograficzną migreną. 
Ale geografię jako naukę, typową geografię lubię. Jak najbardziej. 

Holandia
Kraj na punkcie którego miałam prawdziwego hopla. Ponieważ moją pierwszą piłkarską miłością był Edwin van der Sar. I nie pytajcie dlaczego, bo nie wiem. Może dlatego, że jest wysoki. W każdym razie byłam w nim po uszy zakochana, ale po tygodniu stwierdziłam, że jest dla mnie za stary i lepiej zgłoszę ojca i Edwina do "Zamieńmy się żonami". Tylko żeby to zrobić, powinnam umieć mówić po holendersku.
A jak najlepiej może nauczyć się pierwszoklasistka języka niderlandów? 
Wpisywałam losowe frazy (takie jak: moja mama jest fajna, lubisz zmiany?, mówisz po polsku?, lubisz dużo dzieci?), które miały mi pomóc w Google Tłumacz i klikałam ODSŁUCHAJ. Po tygodniu miałam cały zeszycik z W.I.T.C.H :kwasik: . zapisany jakimiś dziwnymi wyrazami, których teraz nie jestem w stanie odszyfrować. 
Do dzisiaj pamiętam tylko jak jest "kocham cię". Bo jednak stanęło na tym, że wyznam mu miłość, a potem zbajeruję po angielsku.

Ibrahimovič

Czyli facet, na którego punkcie mam hopla. I nawet gdyby zrobił coś złego, byłabym po jego stronie. Także ten. Obiektywności w jakiejkolwiek kwestii z nim związanej ode mnie nie oczekujcie. 
Nawet na WFie moja fryzura to kok a'la Ibra. xD

Jagoda
Bo Alicja drugie imię ma. Jagoda. Nie mam nic do tego imienia. Skądże. Bardzo mi się podoba. 
O ile nikt nie mówi do mnie per "Jagódko", "Jagodzianko" i nie odmienia tego imienia. Bo ja Jagodą się nie czuję. 
Mama wymyśliła to, gdy zobaczyła mnie po raz pierwszy. Miałam okrągłą główkę i byłam jej maleńką Jagódką. 
Ale żeby od razu... imię...

Kluby, którym kibicuję mniej lub bardziej. 
Ponieważ nie jest to raczej odpowiedni temat na kolejne literki (bo za dużo miejsca zajmie), swoje preferencje zawrę w jednym punkcie.
Otóż moja hierarchia prezentuje się następująco:
1. ... *chwila napięcia* Manchester United
2. Real Madryt
3. AC Milan 
4. Lech Poznań
5. Ajax Amsterdam
What's wrong with me?

Lista marzeń.
Jako dwunastolatka spisałam swoje marzenia.
Te najważniejsze, do których wracam ze wzruszeniem, brzmią:
"Prowadzić poczytnego bloga.
Spotkać Romana Kołtonia i powiedzieć mu, że jest fajniejszy od Mateusza Borka.
Zostać żoną Thomasa Morgensterna.
Zostać redaktorką.
Zamieszkać w Manchesterze w jednej kamienicy z sir Alexem Fergusonem."
Ot, takie tam marzenia przeciętnej nastolatki. 

Mama
Dla mnie zawsze najmądrzejsza. Najpiękniejsza. Najbardziej wyrozumiała. Najlepsza po prostu.
I tylko szkoda, że na moje plakaty mówi "zdjęcia potworów"...

Nirvana
Zespół, w który wsiąkłam w październiku 2011 roku. Po kilku latach odkrywania, błądzenia, poszukiwania w końcu znalazłam Nirvanę. 
Mogę chyba egoistycznie powiedzieć, że jest to jedyny zespół, który potrafił wszystkie moje uczucia zawrzeć w swych utworach jeszcze przed moimi narodzinami. Co dziwne, rodzina zaakceptowała to lepiej niż piłkę nożną i przez pewien okres dostawałam okazyjnie tylko płyty Nirvany, a co za tym idzie, mam ich już siedem. 

Ola 
Gorący sierpień, piasek pod stopami, palące słońce i ciacha.net. Idealne okoliczności sprzyjające narodzeniu się prawdziwej fascynacji i zauroczenia blogiem Silene. 
Pamiętam kółkowanie po blogach kobiecego serwisu sportowego w poszukiwaniu jakiegoś przyciągającego uwagę tytułu i wtedy ujrzałam Go. Moje serce zabiło mocniej. Kliknęłam "otwórz". Pochłonęła mnie lektura. Codziennie wchodziłam, by zobaczyć czy nie ma nowych wpisów. 
I kiedy pewnego dnia On zniknął, zaniepokoiłam się. 
Czekałam. Myślałam, że wróci. Ale nie wracał.
Wtedy postanowiłam działać. Napisałam do osoby, która mogła mi pomóc w odnalezieniu zguby. Do Patrycji. 
I mogę powiedzieć, że to była najlepsza decyzja w moim życiu. Zaraz przed tą, dzięki której dostałam się na pokład UniLiverCity

Patrycja
Biedna Patelka. Wyobraźcie sobie, że ktoś kompletnie obcy prosi was o kontakt z waszym przyjacielem. Jakbyście byli przezroczyści.
Ale ja bardzo się bałam. Wtedy. I raczej nie myślałam o tym, żeby zawierać znajomości. Po prostu chciałam utrzymać jakiśtam choćby i marny, comiesięczny kontakt. Chciałam odnaleźć każdego kolejnego bloga Silene...
Ale swoimi namiarami wymieniłyśmy się także z Patrycją. I z każdą kolejną wiadomością stawałyśmy się sobie coraz bliższe. 
Doszło do tego, że zna mnie na wylot. Tak na wylot, że ja dopiero jako druga dowiaduję się o tym, co właśnie czuję. I w większości przypadków ma diablica rację. 

Runej




















Najbardziej poszkodowany przez naszą trójkę piłkarz. 
Pomimo niewymownej mej sympatii do tegoż cudownego faceta, z przymrużeniem oka słucham komentarzy dziewczyn na jego temat a i sama często dodaję coś od siebie. Z wspomnianej sympatii oczywiście. 
Podczas runejowych dyskusji najczęściej padają hasła:
1. Dywanik na głowie
2. Dywanik pod koszulą
3. Dywanik z Kaiopsa (psa, który należy do Kaia)
4. Prysznic Rooneya
5. Wieczne bokserki Rooneya
6. Mydło do włosów Rooneya
Jesteśmy takie oryginalne... 

Scholes
Czyli mój idol. Moja maskotka. Ulubiony piłkarz Manchesteru. 
Wolę jego aniżeli Giggsa, sama nie wiedząc dlaczego. 
Nie żebym nie lubiła Ryana, ale Paul ma szczególne miejsce w moim sercu. 
Po prostu każda dziewczyna ma swojego Rudzusia, no.



Thomas Morgenstern

Moja druga miłość. A pierwsza sportowa. 
Bo moja cała przygoda ze sportem jako takim zaczęła się właśnie od skoków. Zawsze gdy układałam sobie spokojnie klocki na dywanie w pokoju z telewizorem, dziadziuś oglądał jak to skacze Małysz. I chcąc, niechcąc musiałam zobaczyć co to jest. Co zabiera mi wieczorynkę w sobotnie wietrzne wieczory. Co nie daje mi się skupić na budowaniu domu dla mnie i Janka Kosa. I zobaczyłam jak człowiek może pokonywać bariery. Może latać...
Wtedy też zobaczyłam Morgensterna. Powypadkowego. Po Kuusamo. Usłyszałam magiczne, książkowe hasło: "miał wstrząśnienie mózgu" i tak mi się go zrobiło żal, że zaczęłam oglądać skoki. Z czasem pokochałam więcej elementów światka narciarskiego, ale wciąż na pierwszym miejscu mam Morgensterna. Dla którego postanowiłam ewoluować w Austriaczkę i zaczęłam się na własną rękę wcześniej niż koledzy z klasy uczyć niemieckiego.
I żeby nie było. Wcale się nie cieszę z tego, co wydarzyło się niedawno...

Unilivercity
Czyli cała masa uczuć, wen, natchnień, chęci... Mogę tylko napisać, że jestem dumna z bycia częścią tego bloga wśród tak cudownych dziewczyn. 

Woda mineralna
Czy pisałam już, że jestem strasznym wodożłopem? Nie? Więc muszę to uwzględnić. Ponieważ te ogromne ilości wody wlewane w siebie uniemożliwiają mi normalne funkcjonowanie. 
Kiedyś wypiłam przed meczem trzy półtoralitrowe Nałęczowianki. Do dzisiaj się nie otrząsnęłam... To był horror, a nie mecz. 

Zdjęcie, które uwielbiam(y)


Bez niego nie ma niczego. 
To jest oficjalne zdjęcie naszej konferencji UniLiverCity.

Żart
Mój ukochany żart o Smudzie zamknie ten oto alfabet. 
-Jak nazywa się Smuda bez uda.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
-Sm. 
:wstydzi się za siebie:



Taki jest mój alfabet, a jakie są wasze? 
Serdecznie zachęcam do podzielenia się nimi pod postem. ;)

20 kwietnia 2013

Poznajmy się lepiej, cz.1

Zachęcone odzewem z okazji pięciu tysięcy wyświetleń i nastawione na jeszcze huczniejsze uczczenie naszego małego sukcesu, postanowiłyśmy zabawić się w stworzenie najbardziej oklepanego blogowego wpisu, czyli pokazać wam nasz alfabet. Abstrahując od faktu, że to pomysł stary jak Carragher i wykorzystany już na wszystkie możliwe sposoby, wydaje się nam, że każda okazja jest dobra, do lepszego ''poznania się''.  Czekamy oczywiście na wasze alfabety w komentarzach. A więc zaczynamy!

A.
Ala.
Współprowadząca bloga, czyli Red.Alice. Poznałyśmy się poprzez wzajemne komentowanie naszych pierwszych blogów. Przyznam szczerze, wtedy czułam między nami element rywalizacji, bo obie dostawałyśmy podobną ilość uwagi czytelniczek, poruszałyśmy podobne tematy, miałyśmy podobny styl. Zaczęłyśmy rozmawiać już po mojej rezygnacji z poprzedniego bloga i -z ręką na sercu- warto było to zrobić tylko dlatego, żeby Ala później znalazła drogę kontaktu ze mną i spytała, co mi, do stu tysięcy bromance'ów Evry i Suareza, do głowy strzeliło, żeby znikać z blogowego światka.

B.
Bayern Monachium.
Cóż tu dużo tłumaczyć, chyba każdy, kto kiedykolwiek interesował się Budesligą w czasach, kiedy Lewandowski przewracał się, biegnąc po linii prostej (wiele się nie zmieniło...), wie, że nie da się uniknąć sympatyzowania z jedynym FCB, który dam radę oglądać dłużej, niż pięć minut.

C.
ciacha.net
Odkryte w okolicach roku 2008. Chyba niedługo zacznę ubiegać się o jakieś odszkodowanie z tytułu ubytków w mózgu, jakie pozostawił po sobie ten serwis. Kiedyś byłam normalną, lubiącą oglądać mecze dziewczyną. Później nagle weszłam na ten portal i odkryłam, że nogi piłkarzy nie są do biegania, tylko do podobania się dziewczynom, że nie zdejmują oni koszulek po meczu, żeby się nimi wymienić, tylko żeby fanki mogły sikać z radości na ich widok, że nie chodzą oni cały czas w stroju piłkarskim, tylko mają tysiące stylizacji tylko po to, żebyśmy miały o czym plotkować, no i że połowa ich zarobków pochodzi z reklam, a nie z premii za mistrzostwa. I nagle sposób patrzenia na zawodników zmienił mi się o sto osiemdziesiąt stopni. Z tego miejsca chciałabym przeprosić wszystkich piłkarzy, których doklejałam do mojego zdjęcia i z którymi swój ślub planowałam, to musiało być dla nich bardzo bolesne.

D.
Dudek.
Wszystko zaczęło się od niego, a właściwie od mojego taty, który kiedyś położył pilot od telewizora na górnej półce, żebym nie mogła go dosięgnąć, i powiedział, że albo teraz oglądamy mecz, bo przecież Polak w finale Ligi mistrzów gra, albo idę spać. No to oglądałam. Ah, to były te piękne czasy, w których na bazarku można było kupić koszulki Liverpoolu z wszystkimi możliwymi nazwiskami, mało brakowało, a zaczęliby robić takie z Żurawskim i Żewłakowem, też pewnie by się sprzedawały na fali popularności klubu Polaka-bohatera.

E.
Everton.
Przyznam szczerze, że nigdy nie udało mi się wykrzesać choć krzty prawdziwej nienawiści do tego klubu. Zawsze derby Merseyside budziły większe emocje od pozostałych meczów, ale pozostawały raczej ciekawostką, niż bitwą. Cóż, niestety, w kwestii nienawiści to Manchester United dzierży palmę pierwszeństwa.

F.
Fernando Torres.
Pierwszy i jedyny mężczyzna, który złamał mi serce. Jego okres świetności przypadał akurat na czasy, kiedy ja wkraczałam w bardzo zobowiązujący wiek gimnazjalny. Zobowiązujący do robienia największych głupot w życiu, oczywiście. Jedną z nich na pewno było zaufanie Torresowi do tego stopnia, że udało się mu nabrać mnie tuż przed transferem. Ale nie powiem, że był to bezowocny romans. Nie wiem, jak wielką moc miały jego tamtejsze blond pióra, lecz wystarczyło jej, by nakłonić mnie do nauki hiszpańskiego... Mówiłam, że to był okres robienia największych głupot.

G.
Gomez Mario.
Moja... poczekajcie, policzę... czwarta piłkarska miłość. Podczas Euro 2008 byłam z niego cholernie niezadowolona, nie znosiłam go i miałam ochotę wystrzelić w kosmos, żeby poszukał wszystkich piłek, które posłał tam, zamiast trafić w bramkę z trzech metrów. Ale później koleżanka pokazała mi pewne zdjęcie. A ja wrażliwa na piękno jestem...


H.
Hiszpania.
Kraj niby piękny, futbol niby porywający, a do mnie jakoś nie trafia. Zawsze miałam ciągoty do tego języka, muzyki i do Torresa. Ale nic poza  tym. Niestety, w przypadku tego ostatniego, nasiliło się to do tego stopnia, że -chcąc zrozumieć jego wywiady- wybrałam się do dwujęzycznego liceum wbrew wszystkim i wszystkiemu. Niby nie żałuję, fajnie znać język, ale ludzie nie przestaną na mnie patrzeć krzywo dopóty, dopóki będę się upierać, że zamiast wyjeżdżać do Hiszpanii na wakacje, wolałabym Anglię. Półwysep Iberyjski i jego mieszkańcy, z którymi styczność mam praktycznie codziennie, bardzo mi spowszednieli. Ale po reakcjach dziewcząt w szkole, które piszczą na widok moich hiszpańskich nauczycieli, widzę, że jestem ze swoimi odczuciami zupełnie odosobniona.

I.
Istambuł.
Co tu dużo pisać. Mecz-legenda, obejrzany już na pewno dwucyfrową liczbę razy, najlepszy poprawiacz humoru i jednocześnie wzruszacz na świecie.

J.
Jagiellonia.
Czasami nachodzą mnie myśli, że to nie fair, iż z lokalną drużyną mam tak niewiele wspólnego i postanawiam to zmienić, ale na postanowieniach się kończy.

K.
kulka177 (pewnie zgubiłam jakąś siódemkę, wybacz, Patrycjo!).
Odezwała się do mnie, kiedy pisałam jeszcze pierwszego bloga. Spryciara, wiedziała, jak mnie podejść, bo zapytała o Gerrarda. Więc ja, będąc w siódmym niebie, ochoczo weszłam w konwersację i tak nam zostało. Do dziś. 


L.
Lewandowski Robert.
W moim przypadku to przykry temat. Niestety. Otóż zachowałam się nie jak kibic, a jak zaborcza narzeczona. Lewandowski przechodzi ze Znicza do Lecha? Fantastycznie, zaczęłam oglądać mecze Lecha. I to całkiem intensywnie; przyznam, że polubiłam całą drużynę, bo trafiłam akurat na okres największych tryumfów w Pucharze UEFA- ciężko było nie docenić chłopców po meczu z Grasshoppers czy Austrią Wiedeń. A później on sobie odszedł do Borussii i na nic zdało się tłumaczenie, że jest mu to potrzebne do dalszego rozwoju. Romans się zakończył, zostałam przy Lechu i nie 'wyemigrowałam' za nim do Dortmundu. Co więcej, nagle zaczął mnie irytować, z resztą, chyba wcale nie bez powodu. Ale cóż, zanim to nastąpiło, przeżyłam szereg przyjemnych chwil związanych z sympatyzowaniem się z Lechem.
Cóż, prześladowanie sławnych osób na facebooku mam chyba we krwi.

M.
Magazyny sportowe. 
Kto to widział, żeby dawać dwunastoletniej dziewczynce 'Piłkę Nożną'? No cóż, mój tata. I udało mu się przede wszystkim wyleczyć mnie z uzależnienia od plakatów z Bravo Sport i wycinania stron ze sportem ze Współczesnej. Ale skutkiem ubocznym jest to, że zwyczaj czytywania słowa drukowanego mi już został i sterta magazynów sportowych w moim pokoju powoli zaczyna sięgać sufitu. W życiu nie zgodzę się z tymi, którzy twierdzą, że nie potrzebują prasy, bo wszystko można znaleźć w internecie. 

N.
Niezależność. 
Cecha, którą cenię sobie u innych i staram się wypracować ją u siebie. Zaczęło się od wrzucenia na głęboką wodę i wybycia do Białegostoku trzy lata temu. Oczywiście nie mogło obyć się bez problemów, bo koleżanki, które miały ze mną mieszkać, szybko okazały się tylko ''koleżankami'' i zostałam sama. Przez dwa miesiące metodą prób i błędów poznawałam drogę z nowego domu do szkoły. Ale wkrótce samodzielność zaczęła mi się szalenie podobać. Z tego miejsca chciałabym przeprosić wszystkie znajome ze szkoły, z którymi nie chcę pracować w grupie na zajęciach, bo wolę zrobić wszystko na własną rękę....

O.
Opowiadania fan fiction.
Tak często poruszam ten temat na blogu, bo tak naprawdę bardzo lubię je czytać, porównywać, oceniać. Z pisania już wyrosłam, ale przyznam szczerze, że dobre kilka lat temu i mnie dotknęła ta plaga...

-Jesteś pewna, że to dobry pomysł? - Mira nerwowo splotła palce -Przecież twój brat nigdy mnie nie lubił.
-Niby skąd to wiesz? Widział cię może ze trzy razy, kiedy byłaś jeszcze gówniarą. - szczupła brunetka skarciła koleżankę, nie przebierając w słowach -W końcu obiecałam ci, że jakoś pomogę, a nie widzę innego sposobu. No zgódź się... 
-No dobrze już, zamieszkam z twoim bratem. 
[teraz następuje długa retrospekcja, którą pominiemy]
-Dziewczyno, zapukasz wreszcie, czy nie? - Ebru zdenerwowała się, widząc, że jej przyjaciółka już czwarty raz podejmuje tę ja pierniczę, napisałam 'tę' zamiast 'tą' mając jakieś 11 lat, jestem geniuszem! próbę i za każdym razem cofa rękę. W końcu zebrała się w sobie, zacisnęła zęby i zapukała. Kiedy drzwi się otworzyły, stanęła oko w oko koko koko euro spoko z najbardziej brązowymi z brązowych oczu, jakie w życiu widziała. Wiele razy słyszała, że Serdar Tasci to najgorętszy towar w mieście skąd ja znałam takie określenia? , ale zawsze śmiała się z tego. Mógł być sławny, przystojny i bogaty, ale dla niej i tak najważniejszy był charakter to mi się trochę priorytety pozmieniały.
-Cześć, słyszałam, że szukasz gosposi... 

Nie, przepraszam, dalej nie mogę, koniec tej zabawy. Nie mogę sobie nawet wyobrazić, co musiało mną kierować, pisząc te farmazony. Papier zniesie wszystko, a ja mam trzydzieści rozdziałów tego soft porno.

P.
Przemek Rudzki.
Tu należy się wam kilka słów wyjaśnienia w związku z moją wczorajszą eksplozją fangirlingu. Sorx, Przemas. Wiem, że masz żonę. Otóż kilka tygodni temu z letargu podczas lekcji języka polskiego (akurat zapomniałam krzyżówek, sudoku, albo chociaż książki do matmy, co ja tam niby miałam robić...) wyrwał mnie głos nauczycielki, a dokładniej mówiąc, jedno słowo: m a t u r a. Kiedy już dotarło do mnie, że nie przespałam całego roku i nie piszemy matury za miesiąc,  a jedynie musimy wybrać temat na prezentację, byłam wręcz wniebowzięta. Mina lekko mi zrzedła, kiedy zerknęłam na listę, bo tylko jeden wydawał się być w moim zasięgu i dotyczył analizy języka komentatorów sportowych. Jeszcze zanim zadzwonił dzwonek na przerwę, wiedziałam już, że chcę poprosić o pomoc kogoś, kto zna problem od środka, a Szpakowski akurat nie odbierał mojego telefonu, więc padło na Rudzkiego. Nie wiedziałam o nim wiele, ale urzekł mnie jego komentarz w meczu Liverpoolu z Aston Villą i zdecydowałam, że spróbuję. Pewnie gdybym wtedy zrobiła odpowiedni risercz, gdybym widziała, jak lakonicznie odpowiada na wiadomości na twitterze, i jakich ostrych słów używa do dyskusji na swoim blogu, wystraszyłabym się i nie podjęłabym się tego za żadne skarby świata. Ale będąc nieświadomą tego, na co się porywam, wystosowałam najbardziej profesjonalną wiadomość, na jaką było mnie stać. 
Jak widzicie po długości suwaka z prawej strony, materiał udało mi się zebrać z nawiązką, i jestem z tego powodu niezmiernie szczęśliwa. Najzabawniejsze było to, że wysłałam tę wiadomość w dniu, kiedy LFC grali mecz, który on komentował. Przez okrągłe dziewięćdziesiąt minut nie mogłam przestać się uśmiechać. Zwłaszcza, że później obejrzałam kilka filmów zza kulis jego programu w C+ i dodatkowo zaczęłam jeszcze piszczeć z wrażenia. Taaaakże teeego...

R.
Reprezentacja. 
O dziwo, najmniej do powiedzenia mam na temat tej polskiej. Pamiętam piękne czasy, kiedy flaki wypruwałam kibicując chłopcom przed telewizorem, ale jako że to miało miejsce wtedy, kiedy w naszej kadrze było przynajmniej trzech łysych panów i Jacek Krzynówek, to wiecie już, że owe czasy dawno minęły. Teraz została tylko krew, pot, łzy i Lewandowski, a ja nie mam ochoty się w to nadmiernie angażować. Z resztą, już dawno kupili mnie Niemcy i nie potrafię pozbyć się nawyku kibicowania im w każdym większym turnieju. 

S. (to zdecydowanie moja ulubiona literka)

T.
Twitter.
Na początku nie widziałam zupełnie zalet tego tego serwisu. Ale teraz już wszystko rozumiem. Pewnego dnia weszłam tam i zobaczyłam coś, co odmieniło moje życie. 
U. 
Unilivercity.
Pomysł na bloga zrodził się podczas wspólnej debaty na piłkarskie tematy joł ta, dats rap werszyn. Cała nasza trójka tęskniła za pisaniem, więc postanowiłyśmy wznowić działalność, tym razem w tandemie. Mimo, że nie jest to twórczość najwyższych lotów, sprawia mi nieopisaną przyjemność. 

W.
Wembley.
Moje jeszcze niespełnione marzenie. A moja niewiemnicosporcietomainstreamowarozrywkadlamas przyjaciółka mawia: ''Pamiętam Wembley '74, Wojciech Fibak zdobył rzut za trzy punkty na dystansie trzech kilometrów...''.

Z. 
Zajebisty przepis na ciasto znalazłam, idę piec. 

19 kwietnia 2013

4 wady związku z kibicem.

Kiedy spodenki piłkarskie sięgały mi do kostek, na Liverpool mówiłam ''liwelpul'' i wycinałam z Teletygodnia artykuły o Gerrardzie, byłam pewna, że to właśnie on będzie moim chłopakiem. Bo przecież to ideał mężczyzny, młody, bogaty, ładnie ubrany (a przynajmniej raz w tygodniu był ładnie ubrany- kiedy wychodził na boisko), wygadany, przystojny... I jeszcze zna przynajmniej dziesięciu innych przystojnych i bogatych piłkarzy, więc gdybym chciała odmiany, mogłabym przebierać, jak w ulęgałkach.

Kiedy odrobinkę podrosłam i zorientowałam się, że to marzenie się nie spełni, trochę je doprecyzowałam. OK, przeżyję bez ślubu z kapitanem ukochanej drużyny. Ale niech mój wybranek będzie chociaż jej kibicem! Oczyma wyobraźni widziałam nas wspólnie na stadionie, na derbach, po których wygraniu mój chłopak-kibic-multimilioner wyciąga pierścionek z kilogramowym brylantem i prosi mnie o rękę, po czym dostaje w twarz od jedenastu piłkarzy, którzy chcieli zrobić to samo. Ja oczywiście zgadzam się i żyjemy dłużej i szczęśliwiej, niż to zwykle w bajkach  bywa, bo przecież jesteśmy wyjątkowi.

Czy naprawdę byłoby tak różowo? Czy taki związek to same zalety? Nauczona empirią mówię wam: nie!

1. Kłótnie o taktykę, transfery i trenerów.

Piękne, niedzielne popołudnie, piękny niedzielny, popołudniowy mecz, burza w szklance wody. Krzyczycie na cały blok, wasze dziecko notuje nazwiska zagranicznych piłkarzy, bo wydaje się mu, że to jakieś egzotyczne przekleństwa i koledzy na podwórku takich nie znają, a ty gonisz męża ze ścierą po całym domu wrzeszcząc:
-To za to, że za mało gramy skrzydłami, a ty upierasz się, że środkiem! Amator! Nie takiego cię pokochałam!- na co on odpowiada, że wyprowadza się do mamusi i żąda podziału majątku. Tobie natomiast wydaje się, że jest najgłupszym indywiduum pod słońcem, skoro nie podoba mu się fryzura Hendersona chce wystawiać zawodnika X na prawej flance, podczas gdy ty wolisz tam zawodnika Y.

2. On jest zazdrosny o twoich ulubionych piłkarzy.

Masz na ścianie zdjęcie Stevena Gerrarda. Masz w szafie zdjęcie Stevena Gerrarda. Masz je też w kuchni. W telefonie. Skarpetki z Gerrardem. Majtki z Gerrardem. Przesadziłam. Podczas meczów produkujesz hektolitry śliny na widok jego pięknych nóg, a wieczorną modlitwę kończysz słowami: ''Panie Boże, spraw, żeby Alex Gerrard w końcu zatrzasnęła się w solarium.''. A twój facet? Cóż, potajemnie wrzuca wszystkie oszczędności do skarbonki z napisem ''NA OPERACJĘ PLASTYCZNĄ''...


3. Ty jesteś zazdrosna o jego ulubionych piłkarzy.

Nosi cię, kiedy twój mężczyzna, zamiast zapytać się grzecznie o zdanie ukochanej, pędzi do fryzjera ze zdjęciem swojego idola. Chce nazwać waszego synka jego imieniem. Masz pewne podejrzenia, że po kryjomu już nazywa tak waszego psa. A kiedy jego idol strzeli gola, z radości odpala fifę i zdobywa nim dziesięć bramek przeciwko Barcelonie. Cóż ty, biedna, możesz wtedy zrobić? Może poćwiczyć trochę piłkarskie triki?


4. Nie możecie oglądać meczów razem. 

No bo tak: kiedy ty oglądasz mecz, musi być wszystko idealnie przygotowane: przyciemnione światło, grono chichoczących koleżanek, zdrowe przekąski, malowanie paznokci w przerwie i obowiązkowe ocenianie butów piłkarzy. Kiedy on ogląda mecz, musi być piwo, słone żarcie, rechoczący kumple włażący z butami na twój puszysty dywan w salonie i używający wdzięcznych określeń przymiotów wybitnie męskich do krzyczenia na co drugiego piłkarza drużyny przeciwnej. Sędziemu też się dostaje. Okrzyki radości brzmią tak samo, jak te zawodu, i zaczynają się na ''k''. O kurka wodna. Przecież tych dwóch światów nie da się połączyć. Można tylko kupić dwa telewizory...

5. Nie, jednak się przeliczyłam... Aż tylu wad nie jestem w stanie znaleźć.

----------------------------------------------------------------------------
Wpis ten jest małym rozładowywaczem rosnącego napięcia związanego z ogłoszeniem wyników naszego konkursu, który rozstrzygniemy na dniach, a zwyciężczyni już w niedzielę spodziewać się może radosnej wiadomości w swojej skrzynce mailowej.


14 kwietnia 2013

96.


I. 
Siedzisz, dłubiesz patyczkiem w ziemi i patrzysz na drogę w stronę, z której, jak się spodziewasz, przyjedzie tata. Nie wiesz, czy mu się udało, ale nie dopuszczasz do siebie innej myśli. 
-Sarah!- krzyczysz, kiedy z daleka słyszysz warkot znajomego silnika. Siostra przybiega co sił w nogach, jedną ręką ocierając czoło spocone po ciężkim wysiłku- od rana sprzątała starą szopę. Mało brakuje, a biegałybyście dookoła taty, który ledwie zdążył wysiąść z auta, takie jesteście rozentuzjazmowane. Czekacie. 
-Masz?
-Jak zawsze.- uśmiecha się pod wąsem.

II.
Co się dzieje, przed chwilą to żelazko było jeszcze ciepłe! Ze zrezygnowaniem wzruszasz ramionami, chwytasz kurtkę i wybiegasz przed dom. Brr, zimno. Narzucasz ją na siebie, zakrywając Czerwonego Ptaka na twojej piersi. 

III. 
-Chcę stać, będę lepiej widzieć!- spoglądasz na rozentuzjazmowaną siostrę. Spokojnie mała, wystoisz się na Wembley, na finale, myślisz. Ale zgadzasz się, ciągnięta już za rękę przez Sarah. Ściskasz bilet w spoconej z emocji dłoni. Oglądasz się przez ramię - wszędzie czerwono. Do licha, przecież oni wszyscy nie zdążą wejść przed pierwszym gwizdkiem, nie przy takiej drobiazgowej kontroli! Ale chrzanić to, ważne, że jesteś już na trybunie i w tłumie wypatrujesz znajomych. Tata został na dole, poszedł kupić sobie kawę. Jak można przegapić pierwszy gwizdek?

IV. 
Śpiewasz, ile sił w płucach, a jest tak głośno, że nie słyszysz własnego głosu. Kątem oka widzisz, że jakiś rudy chłopak siedzący kilka rzędów dalej uśmiecha się do ciebie. Trącasz siostrę łokciem, chcesz pokazać jej, kogo zainteresowanie wzbudziłaś. Ale kiedy podnosisz głowę, już go nie odnajdujesz, zamiast jego ognistej czupryny jest  tylko płynący tłum. Nagle czujesz uderzenie, napór. 
-Hej, bez popychania, ok? Tu się ogląda!- chcesz się odwrócić, ale jest tak ciasno, że nie możesz się ruszyć. 
-...i nigdy nie będziesz szedł sam!- zaintonowało trzydzieści tysięcy gardeł, do których dołączały co raz to nowe, wchodzące na stadion głosy. Zaśpiewałabyś razem z nimi, gdyby tylko troszkę się cofnęli i przestali cię tak chamsko popychać...

V.
-Sarah! Sar...- chcesz krzyczeć dalej, ale jakaś ciężka smoła zalewa ci płuca, a z gardła wydobywa się prawie że zwierzęcy jęk rozpaczy, świetnie współgrający z tnącym powietrze zgrzytem rwanych metalowych siatek. Nagle czujesz pod policzkiem wilgoć murawy. Co się dzieje, dlaczego oni wszyscy wbiegli na boisko, zwariowali, czy jak, przecież tak nie można! Ledwie słyszysz własne myśli, wydaje ci się, że każda, każda z osób wypływających falą z trzeciej i czwartej trybuny pieczołowicie odciska obcas swojego buta na twojej piersi z Czerwonym Ptakiem. Ale to nie oni. To powietrze tłamsi twoje wnętrzności. Długo to jeszcze będzie trwało? Kiedy skończy się ten ból? To twój umysł generuje pożądane dźwięki, czy naprawdę słyszysz karetki?
-Sarah! Niech jej ktoś pomoże!

VI.
Rozklejasz powoli powieki. Ze zdziwieniem stwierdzasz, że już po wszystkim, nic cię nie boli. 
-Siostrzyczko!- odwracasz się na dźwięk znajomego głosu. Padacie sobie w ramiona. -Nic ci nie jest?- szczęśliwa, ze łzami w oczach, kręcisz przecząco głową. Podnosisz wzrok. Wokół czerwono. Tak jak przed wejściem w bramę stadionu, wtedy, pół godziny po drugiej. Tylko że teraz nikt nie śpiewa, nikt nie skacze i nie przestępuje nerwowo z nogi na nogę, żeby wejść na stadion. Oni wszyscy leżą. Ale co to? Niektórzy podnoszą się nagle i z uśmiechem na ustach pomieszanym z lekkim zdziwieniem w oczach spoglądają na siebie, jakby pytali: ''Cholera, co z tym meczem, przecież zapłaciliśmy za bilety! Spóźniliśmy się?''. Nagle dostrzegasz w tłumie tatę i mamę. Stoją przytuleni. Mama płacze. Wołasz ją, machasz, ale nie widzi cię, nie może cię zobaczyć. Obserwujesz, jak ktoś podchodzi do niej i podaje jej twoją spinkę i pierścionek, który dostałaś na piętnaste urodziny. Ściskasz Sarah za rękę, słysząc rozdzierający serce krzyk rozpaczy. Ale ty już nie masz serca, masz tylko duszę. Umarłaś.


***

To tylko jedna z dziewięćdziesięciu sześciu podobnych historii z piętnastego kwietnia 1989 roku. Wszystkie łączy jedno - taki sam tragiczny finał. Co było dalej, wszyscy wiemy. Problemy z odnalezieniem zmarłych,  The Sun, rozprawy, wmawianie rodzinom ofiar, że ich bliscy zmarli bezboleśnie, oskarżenia i miliony, miliony łez. Nie cofniesz już ich. Nie cofniesz czasu. Ale zadbaj, by ocalić pamięć o prawdzie. 

08 kwietnia 2013

KONKURS!

Witamy was dzisiaj w ten jakże piękny i słoneczny (wreszcie!) dzień. Chciałybyśmy powiedzieć wam, że sprawiłyście nam ogromną radość. Czym? Spójrzcie tylko:
Jest to dla nas niesamowicie ważne i pragniemy odwdzięczyć się wam za wspieranie nas w rozwijaniu naszych pasji, za dyskusje o udach Gerrarda, za docenianie naszych profesjonalnych tabelek, rankingów, zestawień i analiz, za WSZYSTKO. Dlatego też przygotowałyśmy mały konkurs. Co należy zrobić, by wziąć w nim udział?
1. W komentarzu pod tym postem napisz, co zrobiłabyś, gdybyś przez jeden dzień mogła wejść w ciało twojego ulubionego piłkarza.
2. Na końcu komentarza podaj swój adres mailowy (udział mogą wziąć również osoby niezarejestrowane w Google). Potrzebne jest nam to do skontaktowania się w celu przesłania zwycięzcy drobnej nagrody. Wyniki ogłosimy 22.04.2013.


07 kwietnia 2013

O wszystkim i o niczym, czyli jakiej muzyki słuchają piłkarze?



Miałam wielką ochotę zacząć rozprawiać o udach Gerrarda, klacie Carry i uroku Skrtela, ale pohamowało mnie coś. Mianowicie red.alice pewnego dnia podsunęła mi świetny pomysł na wpis. Temat brzmi bardzo zachęcająco: „Czego słuchają piłkarze?”. Pytanie zagadka, bo przecież nie możliwe jest bieganie i wypytywanie każdego piłkarza przed meczem jaka muzyka go uspokaja bądź zagrzewa do walki. Dajmy za przykład takiego Gerrarda, bo przecież nie podejdę i nie wypalę do niego z takim tekstem: „Steve co teraz słuchasz? Wiesz no muszę sobie coś ustawić na dzwonek”. Reakcja na pewno byłaby ciekawa, ale nasze pierwsze spotkanie zaplanowałam inaczej :D Tak, więc poniżej znajdziecie informacje do jakich udało mi się dokopać. Jak pewnie wiecie mam też bzika na punkcie Hiszpanii, więc pojawia się też tamtejsi piłkarze, ale i jeden ostatnio dość rozszarpywany kąsek czyli pewien Niemiec.

Specjalnie dla pomysłodawczyni zacznę od jej ukochanego Manchesteru United :D

Wayne Rooney


Przed ćwierćfinałowym meczem z Włochami na EURO 2012 Roo jako jedyny udostępnił za pomocą Twittera i Facebooka swoją playlistę, która miała go relaksować w ostatnich chwilach przed czekającym go meczem. Oto ona w całej okazałości:












W 2008 roku Wayne ozdobił swoje ciało tatuażem z zaskakującym napisem "Just Enough Education To Perform” (w wolnym tłumaczeniu: "Wystarczająco wyuczony do gry"), media uznały, że to na cześć jego  ulubionego zespołu – Stereophonics, którego album wydany w 2001 roku nosił tę nazwę. Jednak istnieje druga interpretacja, która mówi o wykształceniu  Rooney’a. Jak wiemy szybko opuścił szkolne mury, aby poświęcić się futbolowi, więc ten napis może w jakiś sposób to „obrazować”




Ciekawostką jest to, że właśnie ten zespół grał na jego weselu z Coleen Rooney (McLoughlin)

"Zagraliśmy ponad godzinę. Głównie nasze największe przeboje i piosenki, o które prosił Wayne. Było świetnie" - wspominał weselny recital Kelly Jones, lider Stereophonics.




Tom Cleverley


Tom bardzo lubi brzmienia R&B, a jego ulubionymi  piosenkarzami są Drake i Jay-Z. Jednakże jego ulubioną piosenką jest „This Is The One” zespołu The Stone Roses. Ciekawostką jest to, że ta piosenka jest grana gdy Czerwone Diabły wchodzą na murawę Old Trafford, a pomysłodawcą tego jest sam Gary Neville.







 Rio Ferdinand


Angielski obrońca jak większość kolegów z drużyny uwielbia rap. Jednak jego bohaterem z dzieciństwa był Michael Jackson. Do tej pory słucha jego utworów.  


- Michael Jackson był moim bohaterem w dzieciństwie. Byłem poruszony, kiedy skończyłem z nim rozmowę. On zaprosił mnie na jeden ze swoich koncertów, po którym mamy porozmawiać w garderobie. Kiedyś, gdy kupiłem jego pierwszy album, to nawet nie marzyłem, że z nim porozmawiam w przyszłości - powiedział Rio Ferdinand.

<Czy po tych słowach wyobraziłyście sobie małego Rio, który słysząc "Billie Jean" zostawia piłkę i na samym środku wykonuje moonwalk?>



Sir Alex Ferguson



Upodobania muzyczne samego Bossa zdradził Michael Carrick. Powiedział, że trener słucha Franka Sinatrę i bardzo denerwuje się jak ktoś mu przeszkadza.



Na pewno przeraził was Sinatra, bo mało kto w dzisiejszych czasach go słucha. Mam dla was lekkie rozjaśnienie. Jeżeli kiedyś oglądałyście serial „Świat według Bundych” to kojarzycie zapewne piosenkę tytułową. Jest nią wpadające w ucho i pamięć „Love and Marriage” właśnie Sinatry. 








David de Gea

Hiszpańska cząstka Manchesteru zaskoczyła mnie pozytywnie. David bardzo lubi zespoły rockowe i metalowe tj. Avenged Sevenfold czy Metallica. Jednak skarży się na kolegów, którzy jęczą i narzekają gdy puści je w szatni. Do listy jego ulubionych piosenek ostatnio dołączyła „This Is The One” zespołu The Stone Roses czyli ta sama piosenka, która urzekła Toma C. :D





Lukas Podolski




Napastnik Arsenalu strzela gole dla Reprezentacji Niemiec, a jednak słucha polskiej muzyki. Kiedyś wyjawił, że przed meczem puszcza sobie Mezo i jest już w pełni naładowany. Oprócz tego w jego słuchawkach rozbrzmiewają również inni polscy wykonawcy np. Peja czy WWO.




Steven Gerrard

Steve czyli miód na zbolałe serce każdej fanki. Od czego tu zacząć. Steven jest fanem Kings of Leon, a jego ulubioną piosenką jest „Sex on Fire”. Nie wiem czy wiecie, ale Steve broni swoich uszu i nie pozwoli, aby były kaleczone byle jaką muzyka. Pewnego dnia Steve będąc w klubie usłyszał jakieś nieinteresujące go piosenki. Poprosił DJ-a, aby puścił coś bardziej sensownego, lecz ten nie chciał i w taki sposób doszło do bójki, za którą groziło mu 5 lat więzienia. Ehhh dalej nie mogę uwierzyć, że Steven człowiek, który jest dla mnie najspokojniejszym na tym globie wszczął bójkę *nigdy nie uwierzy*









 < 1:21 Czujecie dreszcze jak Steve wypowiada „Sex on Fire”? >



Jamie Carragher

Najlepszy przyjaciel Stevena gustuje w zupełnie innym repertuarze. Pytany o ulubione piosenki na karaoke stwierdził, że zaśpiewa wszystko z repertuaru The Beatles, ale stwierdził, że śpiewanie nie wychodzi mu najlepiej. Zapytany również o 3 najczęściej odtwarzane piosenki to podał następujące tytuły:

The Beatles –  „In My Life”



Oasis –  „Don't Look Back In Anger”




The Arctic Monkeys. - „Fluorescent Adolescent”





Fernando Torres

Objawienie światowego futbolu, najbardziej bramkostrzelny Fernando T  jest wielkim fanem Kasabian.  W jednym z wywiadów powiedział „Kasabian to najlepszy Brytyjski zespół od czasów The Beatles” Jak wiemy El Nino *Boże moja klawiatura chyba pierwszy raz widzi to słowo* przed meczem z Francją na MŚ 2010 w RPA słuchali piosenkę  "Club Foot" zespołu Kasabian i to ona przyczyniła się do ich wygranej. Postanowił, że jak wygrają mecz z Holandią wyśle zespołowi koszulkę z podpisami całej drużyny. Jak wiemy Hiszpanie wygrali z Holendrami i Torres musiał spełnić swoją obietnicę. Z wcześniejszych wiadomości wiadome było, że Torres jest wielkim fanem Nirvany. Ahhh, gdzie jest Nirvana drogi Torresie?





<Czy wam też Torres podoba się w tej masce? Nareszcie jest piękny!>


Juan Mata

Za dużo informacji na temat Maty nie dało się znaleźć, ale pewne jest to, że nie daleko pada Hiszpan od Hiszpana. Otóż Mata lubi Nirvanę. 











Joe Hart

Joe  wielokrotnie pokazywał swoje gusta muzyczne. Najczęściej na treningu. Pamiętne „Wonderwall” zespołu Oasis wykonane podczas treningu, a w późniejszym czasie w towarzystwie Freddie’go  Flintoff'a w League of their own. Za to na innym treningu Joe podśpiewuje „Listen to your heart” zespołu Roxette. 








Marco Reus

No i poznajemy tego naszego jedynego Niemca. Wiecie nie podzielam szału na parę „Reus &Götze” i nie będę się rozczulać. Reus ostatnio przyznał, że bardzo lubi twórczość Justina Biebera czym wywołał nie mały szum. Oprócz kanadyjskiego piosenkarza na liście Marco znajdują się także Chris Brown, Drake czy Trey Songz. 




 Lionel Messi

Napastnik FC Barcelony jak reszta swoich kolegów z drużyny jest patriotą muzycznym. Relaksuje się przy muzyce argentyńskiego muzyka Leo Mattioliego. 






Sergio Ramos


Hiszpański obrońca Realu Madryt ku zaskoczeniu wszystkich nie gustuje w mega znanych wykonawcach. Do jego ulubionych hiszpańskich wykonawców należą: El Barrio, La Niña Pastori i Camarón.









Cristiano Ronaldo

Portugalski napastnik całkiem niedawno opowiedział o swoich gustach muzycznych. Cris lubi latynoskie rytmy Rickie’go Martina, a najbardziej żywiołowe „Livin’ la vida loca”. W jego TOP5 nie mogło zabraknąć przebojów Phila Collinsa czy Eltona Johna. Jednak wszystkich tych wykonawców bije na głowę R. Kelly. Jego „I believe I can fly” skradło serce portugalskiego piłkarza, bo prawdziwie motywuje do działania.






Xabi Alonso

Były piłkarz Liverpoolu kompletnie mnie zaskoczył. Pytany o ulubioną piosenkę na karaoke bez problemów wskazał „You’ll never walk alone” *wzruszyła się* Ahhh oprócz tego jego ulubionymi piosenkami są „Otherside” i „Californication”  zespołu Red Hot Chili Peppers. Alonso wspomniał również o niesamowitości Coldplay, na którego koncercie był grając w LFC. 












Alvaro Morata

Młody napastnik Realu Madyt na swoim twitterze co jakiś czas wstawia posty z muzyką, którą w danej chwili słucha. Można tam znaleźć takich wykonawców jak The Script czy El canto del loco.





















Real ogólnie jest bardzo muzykalną drużyną







Co sądzicie o muzyce, którą słuchają wasi ulubieńcy? Jakiś piłkarz ma takie same gusta jak wy? Tym wszystkim możecie pochwalić się w komentarzach :D