31 marca 2013

O tym, jak po raz pierwszy życzenia traktujące o wesołych świętach się spełniły. Aston Villa 1:2 Liverpool.

Cholercia, jak by tu zacząć... Jak by tu opisać... Bo widzicie, to jest tak, jak wtedy, kiedy mamusia zrobi na obiad szpinak i brukselkę na pierwsze danie, a na drugie tort czekoladowy. I potem tatuś pyta, czy warto jeść mamine specjały, czy znowu musi zamawiać pizzę do piwnicy, żeby się nikt nie zorientował. A wtedy wy nie potraficie stwierdzić, czy obiad był połowie dobry, czy może raczej w połowie zły.

Zaczęło się pięknie, Joshua Jackson, chory na białaczkę ośmioletni fan Liverpoolu wyprowadził na murawę naszych piłkarzy. Skubany, ukradł mi moje marzenie z dzieciństwa... Później już tak pięknie nie było, bo kiedy po rozpoczęciu meczu przez zawodników Aston Villi w końcu piłka trafiła do Downinga, rozległy się gwizdy przypominające o jego mrocznej przeszłości - siedemdziesięciu dziewięciu spotkaniach w błękitno-wiśniowych barwach. Nie żartuję, naprawdę komentatorzy opisali tak koszulki AV. Panie Rudzki, ja pana męskości nie neguję, ale oglądanie meczów i jednoczesne rozpoznawanie wszystkich kolorów z rozszerzonej palety Painta się jakoś ze sobą kłóci, nie uważa pan? Abstrahując od kibicowskich przepychanek psychologicznych, początek pierwszej połowy zapowiadał bardzo wyrównany mecz - akcja goniła akcję, kontra kontrę, fatalne dośrodkowania z rożnych goniły jeszcze bardziej fatalne dośrodkowania z rożnych, i to po obu stronach. Pierwszy raz świąteczna babeczka stanęła mi kołkiem w gardle po groźnym dla LFC strzale z kilku metrów w piętnastej minucie. Budzi on pewne kontrowersje: to Reina tak dobrze broni, czy Agbonlahor tak fatalnie trafia? Chyba jednak to pierwsze, bo gdyby Pepe miał dziś słabszy dzień, moglibyśmy się tylko modlić o tak niski wymiar kary po pierwszej połowie. Dość wspomnieć, że w okolicach dwudziestej minuty sześciu zawodników w z Liverbirdem na piersi nie zdołało powstrzymać dwóch w błękitno-wiśniowych strojach. Nigdy nie przestanę się z tego nabijać. Dziesięć minut później straciliśmy bramkę.

Między golem Aston Villi a końcem pierwszej połowy działo się wiele fascynujących rzeczy. Chociażby taki Carra, który tylko po starej znajomości nie dostał żółtej kartki. Albo Suarez, który pozazdrościł 40 yards Gerrardowi i bardzo, ale to bardzo chciał strzelić kopiąc piłkę z własnej połowy, a paradoksalnie nie udało mu się to nawet wtedy, kiedy miał przed sobą tylko bramkarza. Downing nie stworzył żadnego zagrożenia dośrodkowując z miliardowego rzutu rożnego, a ja zjadłam kilogram ciasta na uspokojenie. Co w przeliczeniu daje 10 cm więcej w cyckach. Oby.

Jednak tuż po rozpoczęciu drugiej połowy mojemu ciastu wyrosła godna, całkiem... hmm... nie lubię tego słowa, ale CIACHOWA, konkurencja. Jordan Henderson, po pięknym, uruchamiającym go podaniu od Coutinho, wyszedł na pozycję sam na sam z bramkarzem i zakończył tę akcję o wiele lepiej, niż próbował to zrobić Suarez przed kilkunastoma minutami. Był to ósmy celny strzał The Reds. Chwilę później za brzydki faul żółtą kartkę zarobił Gerrard, co wbrew pozorom było całkiem dobrym znakiem...Wiecie, powrót do przeszłości - pryszczaty Stevie lubił brutalne faule, ale lubił też petardy z trzydziestu metrów, więc Gerro-buntownik zwiastował pozytywne zmiany w dzisiejszym meczu. Długo nie musieliśmy na nie czekać, bo chwilę później zapachniało golem, kiedy obok bramki przeszedł strzał Coutinho, a Glen trafił w słupek. W końcu jednak nadarzyła się wyśmienita okazja do wyjścia na prowadzenie. Okazja nazywała się Suarez i w pięćdziesiątej dziewiątej minucie została sfaulowana w polu karnym, a do jedenastki podszedł nasz kapitan. Nie pytajcie, co się wtedy ze mną działo. Odwróciłam się plecami do ekranu i mówiłam sobie ''Stevie, przecież byłam grzeczna, posprzątałam pokój, pochwaliłam zakalec babci, nie spałam na dzisiejszym kazaniu- strzel to, zasłużyłam!''. No i wysłuchał. Thanks, Stevie God. Pięć minut później regularnie zatruwający nam życie w dzisiejszym meczu Benteke dostał piłkę z wrzutki po rożnym i strzelił centralnie w miejsce, gdzie nie było Reiny. Ale był tam Gerrard, który miał dziś więcej szczęścia niż rozumu, bo udało mu się ten strzał wybić i w ciągu kilku chwil zostać bohaterem meczu, zaliczając przy okazji paradę kolejki. Siłą powstrzymuję się, żeby nie wstawić teraz dwóch linijek różowych serduszek specjalnie dla naszego kapitana. Piłkarze Aston Villi próbowali jeszcze w ostatnich minutach ukrócić radość przyjezdnych kibiców śpiewających YNWA na trybunach - Benteke trafił do siatki, jednak bezdyskusyjnie był w tym czasie na spalonym.


Wszystko to brzmi różowo, cukierkowo i pięknie, jednak sam mecz w istocie do pięknych się nie zaliczał. Spójrzmy na profesjonalne statystyki.

No popatrzcie, Reina dostał ptaszka. Trochę na wyrost, bo bardzo się cieszę, że nie puścił szmaty, ale gdyby nie Steven, na pewno dużo by stracił, bo faktem jest, że to on powinien obronić ten strzał... Jeżeli Pepe wszystko robi z takim opóźnieniem jak interwencje, współczuję. Johnson od dawna jest Pomyłką Świata, ale to miło z jego strony, że stara się w ofensywie. Gdzieś musi, skoro obrona nie wychodzi mu zupełnie i kiedy widzi przed sobą przeciwnika z piłką, wygląda jak dziecko zgubione przez rodziców w supermarkecie, a jego krycie jest mniej więcej tak skuteczne, jak preparat na pryszcze z Mango TV. Carra... Cóż ja mogę o nim powiedzieć? Smutno mi, że zostało mu jeszcze siedem meczów do rozegrania w czerwonych barwach. Poza tym, dzisiaj raczej niepewny i nienadążający za przeciwnikiem, ale za bardzo go lubię, żeby obiektywnie krytykować i przyznaję się do tego bez bicia. Agger i Jose podobnie - przeplatali całkiem fajne przebłyski z zupełną amatorszczyzną. Reasumując, ZRZUTKA NA HUMMELSA, LADS, bo na to, co dzieje się w naszej linii obrony aż przykro patrzeć! Dalej jest jeszcze gorzej, bo czas powiedzieć głośno, że Lucas zupełnie nie odnalazł się po kontuzji i chętnie dałabym mu trochę odpocząć na ławeczce od presji Premier League, gdybym tylko miała kim go zastąpić. Może wróciłby do nas bez głupich pomysłów pod tytułem ''Nie zdążyłem zabrać piłki, więc sfauluję cię metr przed polem karnym i będę się modlił, żebyś nie strzelił nam z wolnego''. Kto chce powrotu Xabiego Alonso, ręka w górę!

Na szczęście to już koniec narzekań, bo zostały nam do obgadania same zielone ptaszki. Hendo. Henduś. Hendunio. Na początku swojej kariery na Anfield wydawał się nieogranym wymoczkiem i patrząc na niego miało się wrażenie, że po przebiegnięciu dwudziestu metrów padnie z wycieńczenia. Jednak musiał znaleźć jakąś dobrą motywację, bo nie dość, że całkiem przyjemnie się umięśnił i jego zdjęcia bez koszulki już nie bolą, haruje jak wół w każdej części boiska i nadąża za akcją, to jeszcze strzela piękne bramki. Oczywiście, dzisiejsza padła z sytuacji bardzo prostej do wykończenia, dostał niesamowicie precyzyjną piłkę od kolegi i jedyne, co musiał zrobić, to trafić w okienko. Ale niektórym nawet to się dziś nie udało, więc congrats, Jordan! Dałabym mu nawet serduszko, ale jedno przydzieliłam już Stevenowi, a w bigamię bawić się nie będę. Tym oto sposobem doszłyśmy do Gerrarda. Co za facet. Co za zawodnik. Trochę mnie już znacie, wiecie, co znaczy dla mnie jego dobra gra, więc nie będę zagłębiać się w temat, bo mi się oczy spocą. Ocierając łzy wzruszenia jedną ręką, drugą napiszę tylko, że nic nie cieszy mnie tak jak powrót kapitana do pełnienia kluczowej roli w składzie. Nie przestajemy lać świątecznego lukru, bowiem pochwalić trzeba też Downinga, który uratował całą pierwszą połowę. Suarez starał się jak zawsze, dziś nie trafił, ale nie zmienia to faktu, że jest najlepszym, co mogło się nam kiedykolwiek w życiu przytrafić. Nawet nie mam wystarczającej śmiałości, żeby skrytykować jego nieskuteczność, nie po tym, co robi dla Liverpoolu (sam zdobył dla nas dziesięć punktów, co oznacza, że bez niego bylibyśmy w okolicach dziesiątego miejsca). Coutinho zostawiłam sobie na deser. Dlatego, że bardzo nie lubię popadania w hurraoptymizm, ale trzeba powiedzieć, że to chyba ten młody Brazylijczyk ukradł dziś cały show. Długo wahałam się, czy MOTM przyznałabym Stevenowi, czy właśnie jemu, i w końcu padło na Cou. On urodził się z piłką przy nodze, tyle w temacie.

To co, dość już tego ględzenia ciotki Silene, nie? Na koniec jeden mały, wielkanocny dylemacik przy jajeczku... Dziewczyny, który przystojniejszy?!








...no dobra. Żartowałam.


29 marca 2013

5 typów kibiców, których nienawidzę.

Jak zapewne się orientujecie, nasza reprezentacja ma za sobą już właściwie półmetek eliminacji do Mistrzostw Świata 2014. Co za tym idzie, aktywność kibiców naszych Orłów jest bardzo wzmożona. A ja? Cóż... Zacisnęłam zęby i Ukrainę obejrzałam. Jednym okiem, bo drugie biegało za matematycznymi wzorami w zeszycie. Całe szczęście, że transmisja meczu Anglii z San Marino niemiłosiernie się zacinała, bo musiałabym wykombinować też oko numer trzy. Mecz z San Marino postanowiłam sobie odpuścić. Wcale nie dlatego, że nie spodziewałam się emocji (te pościgi, te wybuchy...), ale niestety Steven Gerrard ukradł sto procent mojej uwagi wychodząc w pierwszym składzie na mecz Anglików z Czarnogórą (ah, ah, widziałyście bramkę dla Anglii? Gdyby Stevie i Rooney mieli dziecko, nazwaliby je Perfekcją.). Ale o tym meczu może innym razem, teraz natomiast chciałabym porozmawiać o zjawisku zaobserwowanym wśród fanów krajowej i niekrajowej piłki kopanej. Na warsztat wzięłam moich znajomych i tych, których rozmowy słyszy się czasami przypadkiem w autobusie, w kawiarni czy w pubie po meczu. Odkryłam, że kibic kibicowi nierówny. Jednych się podziwia za wiarę, dumne reprezentowanie barw narodowych czy klubowych, niezałamywanie się po porażce i umiejętność wystawienia konstruktywnej krytyki. A drugich... Drugich się, niestety, nienawidzi. Kim oni są?

1. Żony Lewego.
Każda z nas ma jakiegoś piłkarskiego idola. Każda z nas kiedyś marzyła, że będzie miała dziecko z Owenem, wybuduje piękny dom z Reiną i zamieszka w nim z Aggerem i Skrtelem. Jasne. Ja też. Ale fascynujące jest zjawisko pojawiania się jak grzyby po deszczu dziewcząt ogłaszających publicznie swe najskrytsze marzenia. Wygląda to mniej więcej tak:























Nie wiem, jak wam, ale mi byłoby trochę głupio, gdybym była panną Anną Stachurską i dowiedziała się, że fanki mojego narzeczonego życzą mi śmierci i planują zasadzkę na cmentarzu. Oczywiście nie jest to zjawisko odosobnione, dotyczące tylko Roberta Lewandowskiego. Ofiarami bardzo często są też piłkarze hiszpańscy, niemieccy, czy nawet mało popularny w młodzieżowych kręgach Steven Gerrard, któremu pewne stuknięte fanki budują ołtarzyki, śpią w jego koszulkach, piszą o nim wiersze i nazywają się Silene. 

2. Brendan OUT!

Malkontenci nie powinni zajmować się kibicowaniem, od tego można zginąć. Bo wiecie, jest taka sytuacja: w dalekim zamorskim kraju istnieje sobie klub, który ostatni raz stabilną tabelę wyników miał pięć lat temu, po czym został powoli poddany destrukcji przez złe decyzje zarządu, który zatrudniał złych trenerów, którzy kupowali złych piłkarzy... I tak oto znalazł się w pobliżu końca pierwszej dziesiątki tabeli. Zatrudniono nowego trenera, przemeblowano lekko skład. I to był największy błąd. Dlaczego? Bo kibice od razu zaczęli obiecywać sobie gruszki na wierzbie, Manchester United na tarczy i komplet punktów w każdym meczu. Niestety, na to trzeba jeszcze trochę poczekać, ale z tego zdają sobie sprawę nieliczni. Reszta tłucze talerze po każdym straconym golu, a po końcowym gwizdku i otarciu w czerwony szalik łez bezsilności, obowiązkowo loguje się w sieci i rozpoczyna kibicowską martyrologię: ''Aj aj aj, jakiż ja jestem biedny, że też mi przyszło kochać ten klub w czasach, w których są w nim same patałachy, musimy zwolnić pana XX, wypieprzyć pana YY, pan ZZ jest beznadziejny, życzę mu połamania nóg, a ten czarny to nawet dzieci robić nie umie, bo miał mieć troje, a podobno tylko jedno zrobił. Brendan OUT!''. No powiedzcie, czy taka osoba nie dostanie zawału po kolejnym przegranym meczu? Może czas zmienić hobby i zająć się układaniem puzzli?


*wszelka zbieżność osób i zdarzeń przypadkowa, wcale nie chodzi mi o Liverpool FC i jego polskich kibiców.

3. Kibicuję Barcelonie Madryt. 
-No cześć, widziałeś mecz?
-Jasne! Zawsze oglądam Gran Derbi i... wszystkie inne... Derbi.
-A podobało ci się bardziej jak Ramos strzelił tego karnego w końcówce? Mistrzostwo świata, tak przyłożył ze śródstopia, posłał tę futbolówkę na lewy słupek, aż Valdesowi rękę urwało, czy...
-No, super!
-...jak Messi popędził lewą flanką przez całe boisko, przełożył piłkę na prawą nogę i huknął w okienko?
-No, super!
-To komu ty właściwie kibicujesz?
-No, super!




4. Shity, Cwelsea i Loserpool.
A tego to nie zrozumiem nigdy. Wiecie, zakładacie sobie rano kulturalnie koszulkę ulubionej drużyny, bo akurat wieczorem gra mecz i chcecie ładnie wyglądać w pubie, krzycząc do telewizora zza kufla piwa. Chcąc nie chcąc, musicie wyjść tak na ulicę. I zewsząd słyszycie:

-To ile ten twój klubik ostatnio przegrał? 
-A gra tam trio z Borussii? Nie? Boże, co za szajs...
-LOL, KIBICUJESZ IM?!
Bo gdzieś w społeczeństwie, w którym żaden obywatel poniżej dwudziestego roku życia nie uświadczył międzynarodowego sukcesu lokalnej drużyny, w którym reprezentacja kraju nakłada podwójną warstwę antyperspirantu przed meczem z San Marino, bo poci się ze strachu, w którym Związek Piłki Nożnej nie ma z nazwą wiele wspólnego, narodziło się przekonanie, że każdy, kto ma inne zainteresowania niż my sami, jest gorszy i nie warto mieć dla niego szacunku. Nikt nie próbuje nawet zrozumieć i pojąć piękna kibicowania drużynie, która czymś musiała nas urzec, bo inaczej nie robilibyśmy tego, co robimy.  Cóż, nie bójmy się zakładać koszulek QPR, co nas nie zabije, to nas wzmocni. 

5. Kibic Wędrowniczek.
Zazwyczaj zaczynamy kibicować danemu klubowi w wieku cielęcym, obejrzenie pierwszego wżyciu meczu poprzedzając płaczliwym jękiem zawodu, że dziś nie ma dobranocki (nie śmiejcie się, wielcy tak zaczynali. Na przykład ja.). Kiedy już zahipnotyzuje nas atmosfera stadionu, wciągną ci śmieszni ubrani tak samo faceci biegający po trawce, zauważamy, że jeden z nich zdecydowanie się wyróżnia. Świetnie gra głową. Wysyła genialne podania. Perfekcyjnie wykonuje rzuty wolne. Ma ładne oczy. Nieważne. Ważne, że zaczynamy bliżej przyglądać się jego poczynaniom. Początkowo oglądamy mecze tylko dla niego, później stopniowo poznajemy resztę drużyny, trenera, rezerwowych, historię klubu, przyśpiewki i tak oto stajemy się pełnoprawnymi kibicami. Ale dane statystyczne pokazują, że faceci zdradzają średnio co trzy lata. Więc, dajmy na to, taki Ferdynand Bykowski najpierw zaczarował swoimi golami wszystkich kibiców swojego klubu, a później nagle zdecydował się na skok w bok bo odkrył, że lepiej mu w niebieskim. Co  robią kibice? Chowają koszulki z napisem ''El Dzieciak'' na plecach głęboko do szafy, bo takim śliskim materiałem źle zmywa się podłogę, więc cóż innego można z nimi zrobić. Co robią ''kibice''? Kupują barwniki w pasmanterii, wsadzają czerwoną koszulkę w niebieską farbę, nucą pod nosem ''blue is the colour, pam pam pam'' i zdają się nie rozumieć żalu kibiców poprzedniej drużyny pana Ferdynanda Bykowskiego, mało tego - żeby odeprzeć atak wymyślają Legendę o Kontuzji Kolana i inne tego typu historie. Gdzie sens, gdzie logika?

***

To by było na tyle, moje kochane czytelniczki. A czy wy macie jakieś kibicowskie osobowości, które w mniejszym lub większym stopniu was irytują? 

PS.: Na przekór zjadliwej treści powyższego wpisu chciałabym teraz polać trochę świątecznego lukru i życzyć wam wesołego oglądania wielkanocnej kolejki! 

13 marca 2013

Liverpool idealnym miastem na rozegranie akcji opowiadania o romantycznej miłości?

Słuchajcie, ja to w szoku. Wszystko przez to, że wczoraj uświadomiłam sobie, iż mój ukochany klub stworzył świetne warunki do wykorzystania go w fabule ckliwej historii niewyżytych nastolatek sikających na widok Suso fan fiction. I to takiego porządnego, w którym...

a) piłkarka żeńskiej drużyny zakochuje się w swoim męskim odpowiedniku.

Pamiętacie wpis, w którym wyśmiewałam niedociągnięcia w opowiadaniach o piłkarzach. Do stu tysięcy zmarszczek Gerrarda, wtedy naprawdę wydawało mi się, że dziewczynki i chłopcy nawet zajęcia wychowania fizycznego w podstawówce mają oddzielnie, więc dlaczego później ktokolwiek pozwalałby im trenować razem?A jednak...

Jakie imię wybieramy dla głównej bohaterki? Może... Może... Silene :rumieni się:?
***
Silene miała 16 lat i bardzo skomplikowane życie.  Po pierwsze nie miała ani chwili wolnego czasu przez to, że była najlepszą piłkarką w Polsce i ciągle biegała na treningi na płycie głównej Stadionu Narodowego.Poza tym musiała ukrywać się przed paparazzi, bo jej ojciec był najbogatszym człowiekiem w kraju. Dorobił się na ekologicznej produkcji dżemu jabłkowego, który wysyłał na cały świat. Pewnego dnia Silene siedziała na swoim parapecie i patrzyła w zapłakane niebo. ''Znowu pada.'', pomyślała. ''Moje życie jest takie bez sensu.'', otarła samotną łzę spływającą powoli do kubka z kakao, który ściskała w dłoniach. ''Nikt mnie nie kocha, tata ma swoje sprawy, a ja jestem tak zabiegana, że nie mam czasu na spotykanie się z chłopakami... W dodatku rówieśnicy są tacy niedojrzali...''; nagle usłyszała pukanie do drzwi. Najpierw ciche, później nasiliło się. Otworzyła, za nimi stał jej tata.
-Myszko, muszę ci coś powiedzieć.
-Jestem nieślubną córką rodziców Suso i mam prawo do siedzenia na ławce rezerwowych w meczu Liverpool vs. United i wyrywania Gerrarda?
-Nie, nie, kochanie, to okaże się dopiero w trzecim odcinku. 
-Co takiego, tatusiu? - spojrzała na niego z ciekawością.
-Otóż... Musimy się przeprowadzić. Dostałem propozycję pracy w Liverpoolu. Już załatwiłem ci zmianę klubu, twoja kariera nabierze tempa, ladies trenują tam z Suarezem. 
 Oh, nienawidzę cię, jak możesz mi to zrobić, mam tu całe swoje życie, blablabla [...].
***
No i wiecie, co jest dalej? Laska przeprowadza się do pałacu, za płotem ma Gerrarda, pod płotem żebrzącego Dżokola, poznaje w końcu Shelveya, miłość swojego życia, zachwyca go umiejętnościami piłkarskimi (jego nietrudno zachwycić, wystarczy kopnąć prosto futbolówkę...) i żyją długo i szczęśliwie do czasu, kiedy w najbliższym okienku transferowym Jonjo nie zostanie sprzedany za przynajmniej siedem milionów, wysłuchaj nas, Panie. I to wszystko JEST MOŻLIWE! Skoro Brenny organizuje takie treningi unisex... A może to w ramach nagrody za trzy wygrane mecze?

b) miłość między piłkarzami.

Jeżeli pamiętacie to: 
http://25.media.tumblr.com/ff2693b4cfeafe474ff9996bace8a3ac/tumblr_mil0sarLLf1r4roroo1_250.gif
albo to:

http://media.tumblr.com/tumblr_lmc12mxEqj1qbokam.gif
...wiecie, o co mi chodzi.

***
Przełożenie, zwód, strzał wewnętrzną stroną lewej stopy. Ułamki sekundy wystarczyły do pojawienia się zimnego potu na zmarszczonym czole. Lazurowe oczy zmrużyły się, patrząc pod słońce i śledząc tor lotu piłki. Jest! Wpadła! Co teraz? Rozejrzał się. Kilku już do niego podbiegło z zamiarem zawiśnięcia na szyi strzelca zwycięskiego gola. Chrzanić to! Gdzie jest ON?
/czas na obowiązkową retrospekcję w kiepskim wydaniu/
 Migawka obrazków. Niby nic, ot, nowy w szatni. Steve dużo o nim słyszał, kazano mu powiedzieć gazetom, że Liverpool długo oczekiwał na takiego gracza. W końcu trener przedstawił im Xabiera Alonso. Chłopak potrzebował opieki, wprowadzenia w angielski rytm życia i, przede wszystkim, w drużynę. Kto miał mu w tym pomóc, jak nie sam kapitan? 
***
Oczywiście później Xabi wyznaje, że Nagore jest transwestytą, Steven rzuca Alex, Hiszpan adoptuje jego dzieci i żyją długo i szczęśliwie, apogeum spełnienia osiągając podczas finału Ligi Mistrzów. Proste? Proste. I jak działa na wyobraźnię. 
http://25.media.tumblr.com/tumblr_md14d0a7Tw1rx8digo1_500.jpg

PS.: Jest to wpis, który, jak się domyślam, niewiele wniósł w wasze życie, ale może przynajmniej któraś z was choć na moment się uśmiechnęła,  w gruncie rzeczy tylko o to mi chodziło. Poza tym, autentycznie zdziwiła mnie informacja o wspólnym treningu chłopaków i dziewczyn z Liverpoolu. Fajnie czasami pobawić się w takie mrzonki, szczerze mówiąc wcale nie dziwię się autorkom opowiadań, to bardzo wciąga. O Gerlonso sama chętnie bym coś napisała, bo ten bromance budzi u mnie bardzo pozytywne emocje, ale najpierw chyba nasz nowy Papież musi zezwolić na myślenie o takich związkach...
PPS.: A może trochę GERLONSO MEMES?
http://25.media.tumblr.com/tumblr_m02no5l5Xq1qhi14vo1_500.jpg

http://data.whicdn.com/images/40712394/tumblr_lqus1bUSXg1qgmlu4o1_500_large.jpg
 
 
Zdecydowanie umarłam po przeczytaniu powyższego. A skoro umarłam, to już nie będę się odzywać. Niech przemówią wielcy: "My favourite memory off the pitch is when Stevie (Gerrard) and I got locked in the changing room for a few hours. It was funny but I can’t say any more than that."...


11 marca 2013

Pieją Koguty pieją, czyli Liverpool 3 - 2 Tottenham.

No co no. Nie bijcie. Zwątpiłam w nas. Zwątpiłam po golu straconym do szatni.

No dzień dobry. Dawno nie brałam na warsztat meczów The Reds, więc czas najwyższy to nadrobić, bo i okazja jest przednia. Gdybym tylko lubiła alkohol, to upiłabym się ze szczęścia.

Zaczęliśmy w składzie naprawdę ciekawym, bowiem bez Reiny, którego świetną formę przerwał mały urazik łydki. Za to z przodu powiało egzotyką, bowiem zameldował się Coutinho, Suarez i Sturridge. W defensywie dzielić, rządzić i rozsypywać się ze starości miał Carragher zaliczający swój miliardowy występ w meczu ligowym, czy jakoś tak... Po stronie przeciwnika nudy, same ''le'' - Dembele, Bale, Lloris... Mówiłam już coś o rozpoczęciu? A więc było dość chaotyczne, ale z nieznaczną przewagą naszych. Nieznaczną, bo bardzo szybko przekonwertowała się ona w znaczną przewagę Tottenhamu. Sytuacja, w której Bale ustawił się z piłką na trzydziestym piątym metrze rzucił kowbojsko-pojedynkowe spojrzenie naszemu biednemu Bradzikowi Dżonsikowi i szalenie niebezpiecznie podkręcił piłkę, naprawdę mogła przyprawić o palpitację. Serca, wątroby i w ogóle... Liverpool szybko jednak odgryzł się (dosłownie, spójrzcie na te zębiska Suareza...) bramką Urugwajczyka. Dwójkowa akcja między Coutinho i Enrique (kto chce bromance z nowym nabytkiem LFC, hand's up!) zakończona pewnym strzałem Luisa na krótki słupek dała nam prowadzenie w dwudziestej pierwszej minucie spotkania. Później... Później było już tylko gorzej aż do pięćdziesiątej szóstej minuty, w której to po dwóch bramkach Vertonghena przegrywaliśmy 1:2. Jak to się stało? Kojarzycie taką czeską bajkę o Makowej Panience?

http://tanieczytanie.pl/galerie/m/makowa-panienka-dobranoc_852.jpg
Otóż laska popylała sobie po trawiastych obiektach, czyli również po boiskach piłkarskich, i rozsiewała mak, który, jak wiadomo, ma fantastyczne właściwości usypiające. No to przyleciała wczoraj i na Anfield, zakręciła naszymi obrońcami, ci przycięli sobie komara i nawet nie zauważyli, że dają się ogrywać Kogutom jak dzieci. Nie ma co się nad tym rozwodzić- dość powiedzieć, że po drugiej straconej bramce trzasnęłam sopcastem laptopem i zakomunikowałam silnej jednoosobowej reprezentacji redakcji najlepszego serwisu o LFC w Polsce oglądającej ze mną ten mecz, że mam dość, że szkoda nerwów, przegramy to 1:2 i czas zająć się czymś pożyteczniejszym. No to żeśmy się zajęli, c'nie? Po chwili wyszłam do łazienki i nie zdążyłam nawet pomyśleć, po co przyszłam, a okazało się, że remisujemy już 2:2 po kuriozalnym golu Downinga strzelonym między nogami zawodnika z pola Tottenhamu, i trzeba wracać, bo jeszcze możemy to wygrać. A więc wróciłam. Hop siup, Defoe spojrzał na Suareza, pomyślał ''No za niego to przecież nikt mi nic nie zrobi, c'nie, FA?'' i sfaulował go we własnym polu karnym. Poskutkowało to trafionym przez Gerrarda karnym i wyjściem na prowadzenie drużyny zza Mersey. Wydrzeć go już sobie nie daliśmy i mimo doliczonych trzech minut cały czas skrzętnie pilnowaliśmy się, żeby nie pozostawić wiele miejsca do grania przeciwnikom.

Niby fajnie, ale...
1) Carragher zdecydowanie jest za dobry, żeby kończyć karierę. Chrzanić te podania do nikogo, chrzanić zawaloną akcję na 1:2... NASZ NAJLEPSZY OBECNIE OBROŃCA NIE MOŻE TEGO ZROBIĆ! Carra, zostań... Zapłacę... W naturze...
2) ...a na gwiazdkę chcę Dembele, ok?
3) Jones ciągle niepewny, a ja ciągle klepię zdrowaśki, kiedy widzę piłkę zmierzającą w jego kierunku. Technika z wybijaniem na oślep kiedyś może się nie sprawdzić...
4) A TO CO?
 http://i2.mirror.co.uk/incoming/article1755935.ece/ALTERNATES/s615/Lana+Del+Rey+and+Steven+Gerrard.png
Mówcie co chcecie, świat jest niesprawiedliwy. Ja w naszym szaliku wyglądam zdecydowanie lepiej niż Lana del Rey, a jakoś darmowej wejściówki na męski peep show w szatni LFC nie dostałam... Tak, to jest, K%#@!WA, zazdrość.
 5) Skagger się nam rozpada. Jedna z nierozłącznych niegdyś połówek pomarańczy już grzeje ławę na rzecz Jamiego, druga natomiast nie zachwyca i, mimo ładnej fryzury, pochwał za wczorajszy mecz ode mnie nie usłyszy.

Tylko czy naprawdę te drobne niuanse interesują kogokolwiek w obliczu pięknej, heroicznej walki do ostatniego gwizdka (ah te rajdy Suareza w doliczonym czasie...), niesamowitego wejścia w drużynę pana Coutinho, który z meczu na mecz staje się kolejnym przykładem świetnej polityki transferowej prowadzonej przez Rodgersa, prześwietnej postawy naszego kapitana, który w końcu daje drużynie to, czego się od niego oczekuje i, wreszcie, wyniku?

PS.: Na ostatnie kilka minut wszedł wczoraj nasz młody tatuś... Czyż to nie jest urocze?
https://fbcdn-sphotos-d-a.akamaihd.net/hphotos-ak-prn1/549796_496298453739067_1875309164_n.jpg

03 marca 2013

Hot or not: Fabio Borini.

Dzień dobry. Dobry wieczór. Pogadajmy o Fabio.

Po długim romansie z Brendanem miał on być Czerwonym Pedro Rodríguezem. Kojarzycie gościa? Taki tam, uniwersalny z Barcelony. Wszystko jasne, prawda?

Przychodził do Liverpoolu jako antidotum na rażący brak ciachwnapadzie goli, jako szablonowy przykład nowego stylu gry, który zamierzał wprowadzić Rodgers. Na euforyczne nastroje przedtransferowe składały się pięknie prezentujące się statystyki skuteczności i patetyczne youtubowe kompilacje pokazujące epickie poruszanie się bez piłki, szukanie jej w polu karnym przeciwnika i ładne oczy. Cóż, sprawdziło się tylko to ostatnie. 

Zaczęło się od meczu towarzyskiego z Tottenhamem, w którym to Fabio zagrał pierwsze pół godziny w czerwonych barwach. Szału nie było, staniki nie latały, ale przyznaję, że obudził głęboko ukryte nadzieje na to, że Liverpool w końcu dorobił się fajnego, szybkiego napastnika. Skończyło się na tym, że nasz doktorek

(tak przypominam, gdyby ktoś zapomniał. A tak naprawdę niemożebnie śmieszy mnie to zdjęcie, wybaczcie, hihihihi) ma z nim więcej pracy niż z Dżokolem, kibice powoli wpisują ''Fabio B.'' w rubryczkę 'Nieudane transfery Brendana Rodgersa', a i sam trener załamuje pulchne łapki i rozgląda się za nowym napastnikiem (tak, Lewandowski, ehe, na stopro). 

Ale może ten Borini nie jest wcale taki zły? Może należy potraktować go jako lokatę długoterminową, z małym oprocentowaniem, która na początku niewiele daje, ale na przestrzeni lat ma szanse stać się żyłą złota? Tego nie wie nikt. Jedyne, co do tej pory mogłam oszacować, to to, że jest fajnym chłopakiem. Co jeszcze o nim wiemy?

1)  Wyobraźcie sobie, że idziecie po galerii hadlowej. W Warszawie, bo tylko tam jest sklep Victoria's Secret. Wpadacie na moment poudawać, że stać was na chociażby najzwyklejsze matki z metką VS i nagle przed wami wyrasta..
...Fabio ze stanikiem. W ręku. Tudzież na sobie, przecież musi wiedzieć, czy będzie dobry, c'nie? Ma chłopak gust, nie powiem. 
2) Jeżeli chodzi o damską bieliznę, jest mistrzem. Ale sam to już się ubrać nie potrafi...
http://www.gazzettagiallorossa.it/wp-content/uploads/2011/11/borini-trigoria.jpg
JA SIĘ, FABIO, PYTAM, CO TO JEST? Czy tylko mi kojarzy się toto z superwyciętymi, aseksualnymi kostiumami kąpielowymi z lat sześćdziesiątych? Zawsze mogło być gorzej...
http://kazakhstana.files.wordpress.com/2011/09/borat-swimsuit.jpg
3) Jest bardzo ładny.
4) Jest bardzo ładny.
https://blogger.googleusercontent.com/img/b/R29vZ2xl/AVvXsEh0th3a6X_xg0DVT1eQT8XtnIO5QCFU7AXouKAvSfMXvjGMF8fzDbVa0LtajhlkpDMMtiqlfqIuo46TbAO-j24khrk687Ni5_Bo_Q33LaGQk5Y-l-2aSj8MzWG2OzvZnHzFQJlyjnYeJlE/s1600/6.jpg 
5) Jest bardzo ładny.
 http://www.associazioneitalianaromaclub.it/eventi/1_4.JPG
 6) A wcale się na to nie zapowiadało:
image
Tak naprawdę nie mam wam nic ciekawego do powiedzenia na temat Fabio. Po prostu bardzo chłopaka lubię, bardzo napaliłam się oglądając jego wcześniejsze poczynania, bardzo chciałabym wbiec na murawę i przytulić go po każdym niefortunnym upadku i bardzo lubię komentować jego twitterowe wpisy. 
To co robimy z tym naszym Fabiankiem? Dajemy jeszcze jedną szansę w następnym sezonie (może zaprosi nas na... pizzę...), czy sprzedajemy na części handlarzom organów?

Ie-o michibata-ni tsukureba sannichi narazu...



'W trzy dni domu nie zbudujesz'. Dokładnie tyle oznacza tytuł moich przemyśleń. Dlaczego jest po japońsku? Bo zajmę się dziś kwestią bardzo drażliwą czyli naszym własnym małym Azjatą. Gwoli ścisłości- drażliwą, ponieważ sama nie mam wyrobionej opinii na jego temat. Nie mam pojęcia co ma do zaoferowania, nie pojmuję go i mogę chyba powiedzieć, że pomimo wnikliwej obserwacji jego gry, nawyków (tak, tego problemu z dłubaniem w koszulce* też) i techniki, nie znam go. Widziałam w jego wykonaniu mecze beznadziejne, tragiczne, przeciętne, dobre i ten wczorajszy. Chociaż wciąż uważam, że oprócz strzelenia trzech goli nic nie zrobił (niech wbije hat-tricka Tottenhamowi, to porozmawiamy). W każdym razie muszę mu oddać wolę walki, pracowitość i kreatywność. Bo te cechy ma niewątpliwie.

Przyznam się bez bicia, że po odejściu Parka spodziewałam się na jego miejsce Azjatę o dosyć podobnym umiejscowieniu na planie taktycznym. To, że w Manchesterze United MUSI być zawodnik ze wschodu, jest oczywiste. I już nawet nie chodzi o sam chwyt marketingowy i próby jak najowocniejszego wyzyskania kieszeni patriotycznie myślących Azjatów. Ji-Sung stał się na dobre częścią tego zespołu i bez niego byłoby pusto. Dlaczego pomocnik? Wyobrażacie sobie chińskiego albo koreańskiego bramkarza między słupkami MU, de Geę na ławce i Lindegaarda na trybunach? Ja też nie. A może jakiś obrońca rodem z Tailandii? Hmm... Jakoś tego nie widzę. Tak samo napastnika, ale już nie z takiego samego powodu. Mając taką ofensywę, sprowadzić kolejnego snajpera byłoby grzechem i marnotrawstwem.

Toteż kiedy wybór Bossa padł na Kagawę, nie byłam zbytnio zdziwiona. Mistrz Niemiec. Japończyk. Pomocnik. Wszystko by się zgadzało. Tylko jakiś wewnętrzny głos w środku mnie (spokojnie, nie jestem van Persiem i nie podejmuję decyzji pod wpływem małego chłopca, sterującego mną jak mu się żywnie podoba) krzyczał: nie! Jako że piszę o meczach MU i rzadko wykraczam poza Premier League w mych wywodach, można by pomyśleć, że nie interesują mnie inne ligi. Nieskromnie powiem, że bardzo lubię Bundesligę. Choć Borussię już niekoniecznie. I czasami zdarza mi się oglądać jakiś mecz rodem z niemieckiej ligi. Niestety, w poprzednim sezonie najwidoczniej nie miałam szczęścia i nigdy nie zdarzyło mi się obejrzeć meczu BVB, w którym Kagawa by mi zaimponował. Być może jestem ślepa albo po prostu uprzedzona do tego stylu gry, ale widziałam jedynie przeciętnego zawodnika, który czasem ma przebłyski, jednak owocujące zaledwie sporadycznie, a jego hobby jest tracenie futbolówki i marnowanie podbramkowych okazji. Nic wielkiego. Na wygranie Bundesligi wystarczyło, ale czy w brutalnym, szybkim i dynamicznym angielskim futbolu ten kieszonkowy, chuchrowaty i wręcz taki-sobie zawodnik się sprawdzi?

Na razie jest za wcześnie, by go skreślić czy pochwalić z całą stanowczością i przekonaniem. Shinji ma za sobą małą ilość rozegranych spotkań i dość długą przerwę powodowaną kontuzją. Choć w czerwcu minie rok od podpisania jego kontraktu z United (bądź co bądź czteroletniego), to nie sądzę by to, co pokazuje na murawie było do czegokolwiek podobne. Człowiek o wielu twarzach. W każdym meczu inny. Zagadka.

Aby potwierdzić mą tezę powiem, że w jedenastu dotychczasowych meczasch zdobył dwa gole, podczas gdy wczoraj strzelił ich aż trzy. Zaczął swoją wielką angielską przygodę z wysokiego C. W sparingach wakacyjnych zdobył swą pierwszą bramkę w czerwonym trykocie i ogólnie jego postawa udowadniała słuszność decyzji sAFa. Kolejne spotkania w jego wykonaniu nie były może jakieś porywające, ale nie popełniał jakichś strasznych błędów i wydawało się, że poradzi sobie w Premier League. Ale cóż z tego, skoro już w październiku kontuzja uniemożliwiła mu grę... Stracił cały listopad, grudzień i połowę stycznia. Poza tym po jego powrocie w jego grze nie było już błysku. Pojawiał się sporadycznie. Na chwilę. Nie wnosił praktycznie nic. No może oprócz tego meczu na Bernabeu, kiedy naprawdę harował za dwóch. Myślałam jednak, że to chwilowy przebłysk, wynik silnej motywacji. I kiedy już skreśliłam go praktycznie całkiem, kiedy stwierdziłam, że nie zastąpi nam Parka, on po prostu wyszedł sobie na murawę Old Trafford i jakby od niechcenia, z palcem w nosie zaliczył hat-tricka. Mówiąc brzydko, szczęka mi opadła do kolan. Czy przekonał mnie tym do siebie? Nie wydaje mi się. Raczej nie. Może będę teraz patrzyła na niego milej, może nie będę się sprzeciwiała widokowi Kagawy w pierwszym składzie? Na pewno dzięki temu nie stanę się nagle jego fanką #1 i w moim pokoju nie powstanie ołtarzyk na jego cześć, ale skoro chłopak potrafił strzelić trzy gole... Może coś z niego będzie? Może Boss potrafi wyprodukować z Szynki gwiazdę pierwszego formatu... Tylko niech Bóg go broni przed kontuzjami.

Podsumowując: nie mówię ani tak, ani nie. Nie mam zamiaru skreślać go za jego przeszłość w Borussi ani pieścić komplementami za jednego hat-tricka. Czas pokaże na jakim etapie się znajduje. Na pewno jest zawodnikiem na swój wiek bardzo dobrym, przynajmniej z tej strony pokazuje się po całkowitym uwolnieniu od kontuzji (bo rozumiem, że ta zadyszka i słabsze występy były powodowane li i jedynie stopniowym odzyskiwaniem formy). Potencjał jest, tylko trzeba go wykorzystać. A kto to zrobi lepiej niż Boss? Wprawdzie jego urodziny są dopiero za dwa tygodnie (dokładnie za dwa), ale ja już dziś życzę mu dwóch rzeczy: zdrowia i przedłużenia kontraktu...przez sir Alexa Fergusona na kolejne lata, aż do wydobycia z Kagawy wszystkich drzemiących w nim umiejętności i talentów...




O Kagawie słów kilka, niekoniecznie związanych z boiskiem:
#1 Dziewczyną Shinji jest japońska aktorka...porno Ameri Ichinose. Z uwagi na moją niechęć do demoralizacji i odgórny wstręt do sesji rozbieranych, nie użyłam zdjęcia Ameri 'z pracy', ale szczególnie napaleni (mam nadzieję nikt) mogą wpisać jej nazwisko w google, tumblrze, etc.

#2 Najlepszym kompanem Kagawy w drużynie z Manchesteru jest Alex Buttner. Jest to naprawdę intensywny bromance. Razem mogą konie kraść/siedzieć na ławce/zamykać się w szatni/pokazywać całemu światu, że nikt oprócz nich razem się nie liczy...























Shinji lubi także Davida de Geę, gdyż... obaj wciąż uczą się angielskiego i łatwiej porozumiewają się między sobą niż z resztą drużyny.


Stwierdzam spadnięcie red.alice z krzesła, bo Angelo*.
#3 Po treningu lubi sobie zjeść, jak na Japończyka przyznało, sushi oraz udon (czyli rodzaj specjalnego, pszennego, grubego makaronu), jednak jak sam przyznaje, angielskie przysmaki także szybko przypadły mu do gustu...