14 kwietnia 2013

96.


I. 
Siedzisz, dłubiesz patyczkiem w ziemi i patrzysz na drogę w stronę, z której, jak się spodziewasz, przyjedzie tata. Nie wiesz, czy mu się udało, ale nie dopuszczasz do siebie innej myśli. 
-Sarah!- krzyczysz, kiedy z daleka słyszysz warkot znajomego silnika. Siostra przybiega co sił w nogach, jedną ręką ocierając czoło spocone po ciężkim wysiłku- od rana sprzątała starą szopę. Mało brakuje, a biegałybyście dookoła taty, który ledwie zdążył wysiąść z auta, takie jesteście rozentuzjazmowane. Czekacie. 
-Masz?
-Jak zawsze.- uśmiecha się pod wąsem.

II.
Co się dzieje, przed chwilą to żelazko było jeszcze ciepłe! Ze zrezygnowaniem wzruszasz ramionami, chwytasz kurtkę i wybiegasz przed dom. Brr, zimno. Narzucasz ją na siebie, zakrywając Czerwonego Ptaka na twojej piersi. 

III. 
-Chcę stać, będę lepiej widzieć!- spoglądasz na rozentuzjazmowaną siostrę. Spokojnie mała, wystoisz się na Wembley, na finale, myślisz. Ale zgadzasz się, ciągnięta już za rękę przez Sarah. Ściskasz bilet w spoconej z emocji dłoni. Oglądasz się przez ramię - wszędzie czerwono. Do licha, przecież oni wszyscy nie zdążą wejść przed pierwszym gwizdkiem, nie przy takiej drobiazgowej kontroli! Ale chrzanić to, ważne, że jesteś już na trybunie i w tłumie wypatrujesz znajomych. Tata został na dole, poszedł kupić sobie kawę. Jak można przegapić pierwszy gwizdek?

IV. 
Śpiewasz, ile sił w płucach, a jest tak głośno, że nie słyszysz własnego głosu. Kątem oka widzisz, że jakiś rudy chłopak siedzący kilka rzędów dalej uśmiecha się do ciebie. Trącasz siostrę łokciem, chcesz pokazać jej, kogo zainteresowanie wzbudziłaś. Ale kiedy podnosisz głowę, już go nie odnajdujesz, zamiast jego ognistej czupryny jest  tylko płynący tłum. Nagle czujesz uderzenie, napór. 
-Hej, bez popychania, ok? Tu się ogląda!- chcesz się odwrócić, ale jest tak ciasno, że nie możesz się ruszyć. 
-...i nigdy nie będziesz szedł sam!- zaintonowało trzydzieści tysięcy gardeł, do których dołączały co raz to nowe, wchodzące na stadion głosy. Zaśpiewałabyś razem z nimi, gdyby tylko troszkę się cofnęli i przestali cię tak chamsko popychać...

V.
-Sarah! Sar...- chcesz krzyczeć dalej, ale jakaś ciężka smoła zalewa ci płuca, a z gardła wydobywa się prawie że zwierzęcy jęk rozpaczy, świetnie współgrający z tnącym powietrze zgrzytem rwanych metalowych siatek. Nagle czujesz pod policzkiem wilgoć murawy. Co się dzieje, dlaczego oni wszyscy wbiegli na boisko, zwariowali, czy jak, przecież tak nie można! Ledwie słyszysz własne myśli, wydaje ci się, że każda, każda z osób wypływających falą z trzeciej i czwartej trybuny pieczołowicie odciska obcas swojego buta na twojej piersi z Czerwonym Ptakiem. Ale to nie oni. To powietrze tłamsi twoje wnętrzności. Długo to jeszcze będzie trwało? Kiedy skończy się ten ból? To twój umysł generuje pożądane dźwięki, czy naprawdę słyszysz karetki?
-Sarah! Niech jej ktoś pomoże!

VI.
Rozklejasz powoli powieki. Ze zdziwieniem stwierdzasz, że już po wszystkim, nic cię nie boli. 
-Siostrzyczko!- odwracasz się na dźwięk znajomego głosu. Padacie sobie w ramiona. -Nic ci nie jest?- szczęśliwa, ze łzami w oczach, kręcisz przecząco głową. Podnosisz wzrok. Wokół czerwono. Tak jak przed wejściem w bramę stadionu, wtedy, pół godziny po drugiej. Tylko że teraz nikt nie śpiewa, nikt nie skacze i nie przestępuje nerwowo z nogi na nogę, żeby wejść na stadion. Oni wszyscy leżą. Ale co to? Niektórzy podnoszą się nagle i z uśmiechem na ustach pomieszanym z lekkim zdziwieniem w oczach spoglądają na siebie, jakby pytali: ''Cholera, co z tym meczem, przecież zapłaciliśmy za bilety! Spóźniliśmy się?''. Nagle dostrzegasz w tłumie tatę i mamę. Stoją przytuleni. Mama płacze. Wołasz ją, machasz, ale nie widzi cię, nie może cię zobaczyć. Obserwujesz, jak ktoś podchodzi do niej i podaje jej twoją spinkę i pierścionek, który dostałaś na piętnaste urodziny. Ściskasz Sarah za rękę, słysząc rozdzierający serce krzyk rozpaczy. Ale ty już nie masz serca, masz tylko duszę. Umarłaś.


***

To tylko jedna z dziewięćdziesięciu sześciu podobnych historii z piętnastego kwietnia 1989 roku. Wszystkie łączy jedno - taki sam tragiczny finał. Co było dalej, wszyscy wiemy. Problemy z odnalezieniem zmarłych,  The Sun, rozprawy, wmawianie rodzinom ofiar, że ich bliscy zmarli bezboleśnie, oskarżenia i miliony, miliony łez. Nie cofniesz już ich. Nie cofniesz czasu. Ale zadbaj, by ocalić pamięć o prawdzie. 

9 komentarzy:

  1. Gwoli wyjaśnienia: bardzo, ale to bardzo nie chciałam wykorzystywać skrajnych emocji w tym wpisie, ale niestety, inaczej się nie da. Mam nadzieję, że mi to wybaczycie, że wybaczycie mi, iż mówię o tym w ten sposób, a przecież przecież nie mnie to dotyczy, nie bezpośrednio.

    OdpowiedzUsuń
  2. Skrajne emocje nic złego w takim wypadku, każdego kto kibicuje Liverpoolowi pewnie ta historia mocno wzrusza, może dlatego, że dotyczy po prostu zwykłych kibiców takich jak my i każdy może sobie wyobrazić siebie lub swoich bliskich na miejscu ofiar. Ja kibicką Liverpoolu nie jestem, jestem za Manchesterem United i też odczuwam pewien smutek związany z katastrofą w Monachium, ale raczej podchodzę do niego z rezerwą, może dlatego, że sytuacja miała miejsce jednak dużo wcześniej, a może dlatego, że z reguły nie jestem raczej osobą, która łatwo się wzrusza. Kibicuję MU, ale nie jestem raczej z tej grupy, która używa tragedii na Hillsborough jako argumentu do wyprowadzenia fanów Liverpoolu z równowagi i mam w sobie jednak jakieś pokłady empatii. Co więcej, dotyka mnie to nie tylko jako kibica, ale po prostu jako człowieka, bo to tragedia nie inna niż tsunami, huragan, wybuch gazu, czy po prostu śmierć spowodowana chorobą. Ktoś traci życie, a ktoś traci bliskich, rodzinę. Tego typu sytuacje zawsze przywołują refleksję i sprawiają, że człowiek myśli o nich trochę więcej, czy to świeże wydarzenia, czy to jakaś rocznica. Historia tych dwóch sióstr jest poruszająca, nie da się ukryć, zwłaszcza przez fakt, że miały przed sobą całe życie i masę marzeń do spełnienia i meczów do zobaczenia. Niestety, oprócz modlitwy niewiele każda z nas może zrobić. Takie tragedie były, są i będą, niezależnie od tego, czy na stadionie piłkarskim, w szkole, czy na ulicy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oczywiście, masz rację. Jednak w przypadku Hillsborough atmosferę podsyca fakt pośmiertnego sponiewierania ofiar przez opinię publiczną, przez rząd, policję i sądy. Kiedy rzecz dzieje się na stadionie bez licencji bezpieczeństwa, a co za tym idzie bezprawnie, kiedy zamiast świetnego wejścia nowego oficera policji, zamiast zorganizowanych półfinałów, zamiast radości mamy płacz, kraj zamiata to pod dywan. Właśnie to tak bardzo mną wstrząsa. To, że bliscy ofiar musieli słuchać lekarza sądowego, który twierdził, że kibice umierali bezboleśnie i szybko, mimo że nawet dziecko wie, że uduszenie nie należy do najprzyjemniejszych rzeczy, jakie mogą się nam w życiu przytrafić i trwa kilkanaście minut. Długo by wyliczać wszystkie ''nieludzkości'' związane z tą sprawą. Bóg lubi testować Liverpool- Heysel, Hillsborough, transfer Charliego Adama ;)...

      Znam historię z Monachium (głównie z filmu 'United'), i niedobrze mi na samą myśl, że można wykorzystywać to w obraźliwych przyśpiewkach, ale zawsze znajdzie się kilku fanatyków do przesady, niestety.

      Usuń
    2. No tak, kwestia wydarzeń powstałych po samej katastrofie to strasznie przykra sprawa, ale trochę tak wygląda rzeczywistość, każdy będzie próbował zataić lub wybielić swoje winy i wkład w tragedię. Co do lekarzy, na pewno było to wszystko kontrolowane i nastawione na manipulację uczuciami ofiar, by trochę obniżyć gniew, co wiemy oczywiście, w takiej sytuacji jest niemożliwe, ale może trochę też rodzinom potrzebne. Lekarze mówili, to co bliscy chcieli by usłyszeć, niezależnie od tego czy by w to uwierzyli, popychaliby to do świadomości. Może próbuję dopatrzyć się ludzkich odruchów, do końca nie wiem jak sytuacja wyglądała, ile w tym było manipulacji, a ile chęci załagodzenia bólu, ale myślę, że to po części normalne. Dzisiaj też, gdy ktoś umrze np. w szpitalu, na raka, lekarz nie powie rodzinie, że cierpiał, że bolało, najczęściej powie, że umarł we śnie i nie koniecznie musi to być prawda. To każdy odbiera indywidualnie, są ludzie, którzy chcą poznać prawdę za wszelką cenę, a są ludzie, którzy się jej domyślają, ale nie chcą przyjąć jej do wiadomości i wolą żyć w kłamstwie niż przyznać przed sobą, że rzeczywistość jest taka, a nie inna.
      Co do piosenek i przyśpiewek, to szkoda, że ktoś miesza takie sprawy do dopingu, czy też raczej "antydopingu".

      Usuń
  3. Ale dlaczego bez skrajnych emocji? Co chwilę słyszymy w telewizji o jakiś katastrofach. Tu 5 osób, tam 33, a jeszcze gdzieś indziej 126. Często dla nas to są tylko liczby, a Ty chciałaś pokazać, że każda liczba to inna historia. Inna grupa bliskich, która cierpiała i pewnie wciąż cierpi.
    Nie będę tutaj pisać o tych wszystkich zaniechaniach, oszczerstwach i głupocie (bo przecież 96 osób zginęło przez głupotę innych). Te fakty są Ci na pewno dużo lepiej znane niż mi, a dodatkowo niezdrowo podnoszą ciśnienie...
    Tak się zaczęłam zastanawiać...ci ludzie zginęli do końca dopingując swój ukochany klub. Każdy z nich odszedł jako kibic spełniony. Od kołyski aż po grób. Wiem, że nie powinni. Powinni żyć jeszcze 20, 40 czy nawet 80 lat dłużej i zobaczyć setki przepięknych meczów, z których wracaliby ze zdartymi gardłami. Ale zginęli własnie tam. Jako kibice. Nie jako Jan Kowalski, pracownik supermarketu na obrzeżach miasta, o którym tylko brat wiedział, że chodzi na mecze Liverpoolu! Ktoś, kto nie rozumie potęgi piłki nożnej i nie wie czym jest miłość do klub nie rozumie różnicy. Dla mnie... w moim odczuciu...

    OdpowiedzUsuń
  4. Najbardziej w tej tragedii boli to, że można było jej zapobiec, a tylu ludzi zginęło przez głupotę innych. Jak można było, widząc zapełnioną po brzegi trybunę, nadal wpuszczać na nią ludzi? Bezmyślność czasem nie zna granic.

    OdpowiedzUsuń
  5. Nie możemy zapomnieć o tej tragedii. Musimy pamiętać i robić wszystko, by w przyszłości podobne sytuacje się nie zdarzały. Boli, że tyle lat już minęło, a nadal jest tyle niedomówień co do tamtych wydarzeń, a co najgorsze, nikt nie powiedział słowa "przepraszam"...

    OdpowiedzUsuń
  6. Jestem tylko kibicem z dalekiej Polski i nie było mnie nawet na świecie, gdy ci ludzie ginęli, ale ta historia zawsze wywołuje łzy. Co mają powiedzieć kibice w Anglii? Nie mówiąc już o rodzinach 96... Ten heroizm w dążeniu do ujawnieniu prawdy...
    Never forgotten #JFT96!

    OdpowiedzUsuń
  7. Morze wylanych łez, lata przejmującego bólu serca, rany ciągle rozdrapywane rażącą niesprawiedliwością. Tragedia, której nie można pojąć ludzką miarą, tak naprawdę w pełni zrozumiała tylko dla tego, kogo dotknęła.

    Wszyscy my, kibice Liverpoolu mamy obowiązek pamiętania o nich, nie ważne czy na codzień chadzamy mostem nad Mersey czy nad Wisłą. Ale pamięć to nie wszystko - takie teksty jak ten to moim zdaniem składanie osobistego hołdu ofiarom Hillsborough, podtrzymywanie ognia pamięci o nich.

    Wielu może wątpić w sensowność kultywowania pamięci o '96' w myśl zasady 'było, minęło'. Ale żadne zwątpienie nie może mieć miejsca, gdy nadal, 24 lata po tragedii nawet ludziom żyjącym z pisania zdarza się powielać kłamstwa!

    'Optymizm obudziła także przemiana brytyjskiego futbolu - na lepsze. Po bijatyce w Sheffield, w której zginęło 96 kibiców, władze postanowiły zrobić porządek na stadionach i rozprawić się z chuliganami'
    Wielkanocny dodatek do Rzeczpospolitej, artykuł pt. 'Beckham story'.

    Dlatego wszyscy musimy pielęgnować prawdę, w imię Tych, Którzy Nie Mogą Jej Bronić. Tym większy szacunek dla Autorki, napisala dobry, wzruszający tekst, dający do myślenia.


    Serdecznie pozdrawiam, zwłaszcza tych o czerwonych sercach.

    Never forgotten!

    OdpowiedzUsuń