18 stycznia 2013

Haters gonna hate: Fernando Torres.

Bo wiecie, dziewczyny, jak to jest. Są pewne tematy, o których rozmawiać w towarzystwie nie wypada. Żydzi. Smoleńsk. Homoseksualiści. Fernando Torres.

Sprawa generalnie wygląda tak, że Torres jest jednym z tych nielicznych ludzi, którym udało podzielić się świat na dwie części. Pierwsza połowa wyznaje kolanokontuzjonizm i przykleja gumy do żucia pod krzesełkami na Anfield w zemście za zepsucie niegdyś najlepszego napastnika Premier League. Druga zaś chirurgicznie pozbywa się piegów i przestaje jeść gazpacho, żeby nic nie kojarzyło się im ze zdrajcą Judatorresemszem.


Jak było naprawdę? Myślę że nigdy nie dowiemy się do końca. Moja wersja jest taka, że pewnego dnia Fernando wstał z łóżka i powiedział sobie: ''Tak, kocham Liverpool, zostaję tu, dopóki nie wypadną mi wszystkie blond włosy!''. Wyszedł, powiedział o tym na konferencji prasowej, wszyscy byli szczęśliwi, kochali go, koszulki z dziewiątką rozchodziły się jak ciepłe bułeczki, panie tatuowały sobie jego imię, panowie datę pierwszej bramki, młodsze dziewczynki chciały być jego dziećmi, a starsze - mieć z nim dzieci. Raj. A co później? A później szedł sobie Torres, szedł i nagle cegła spadła mu na głowę. Od tej pory zaczął lubić niebieski kolor. A nie, przepraszam, zielony i może jeszcze złoty.  Kolor pieniędzy i trofeów.


Tak naprawdę nie możemy winić go do końca. Ludzie są tylko ludźmi. Ten chłopak grał w barwach The Reds naprawdę fantastycznie, strzelał niesamowite bramki, doskonale rozumiał się z drużyną... Ale co z tego, kiedy mimo usilnych starań klub był ciągle na równi pochyłej, co w końcówce zaczęło też odbijać się na jego formie, przez co nie mogę powiedzieć, by wyjście z Torresem zostającym jednak w LFC było do końca idealne. Nasz szczur szukał ratunku z tonącego statku i wybrał klub który oferował ogromne pieniądze - włodarze LFC na pewno nie zbiednieli na tym interesie. Poza tym mówiło się o wielkich możliwościach i perspektywicznej grze The Blues, naprawdę była to kusząca opcja. Pobudki Fernando są całkowicie zrozumiałe i nikt go za nie nie gani. Jednak odchodzić też trzeba umieć. Porównajcie dwie sytuacje:

a) Jesteście w szczęśliwym związku. Nagle dowiadujecie się, że wasz ukochany od miesiąca zdradza was z inną.
b) Jesteście w szczęśliwym związku. Ale wasz ukochany chce go zakończyć mówiąc, że nie czuje się w nim dobrze i chce spróbować z kimś, kto zapewni mu szczęście, ale zależy mu na przyjaźni z wami.
Którą opcję wybrałyście? Po której czułybyście się lepiej? My, kibice Liverpoolu zostaliśmy skonfrontowaniu z pierwszą opcją i nic nie mogliśmy z tym zrobić. Atmosferę zagęszczały pogłoski o kontuzji kolana, z którą Torres został sprzedany bez informacji o trefności produktu. Niestety, chciałabym w tym miejscu rozwiać złudzenia i przypomnieć, że testy medyczne nie polegają tylko na zajrzeniu do gardełka, ale też na sprawdzeniu sprawności. I jeżeli lekarz CFC tego nie zdiagnozował, wina jest wiadomo-czyja.
via 9gag.com

Kolejną sprawą jest atmosfera w szatni.  Dzięki Fernando można było ją kroić nożem. Przed wielką próbą został postawiony nasz kapitan - zadaniem Steviego było poinformowanie trenera o zachciankach klubowego kolegi. Rzecz jasna, bardzo długo prośba ta pozostawała niespełniona. ''Nie chciałem, żeby odchodził.'' (S.Gerrard)




Jak będzie wyglądać przyszłość napastnika? Zobaczymy. W każdym razie ja bardzo mocno ściskam kciuki za jego powrót do Atletico Madryt.


PS.: A Silene cooooś maaaaa!

Nie uwierzycie, gdzie i za ile znalazłam tę książkę. Dzisiaj, dzień po szkolnej studniówce, wielu nauczycieli nagle zapadło na dziwny rodzaj choroby, więc z tegoż powodu ominęła mnie lekcja fizyki. Wybrałam się z przyjaciółką na romantyczny spacer do second - handu. Przeglądanie spuścizny po bogatych Anglikach zaczynamy zazwyczaj od kosza z książkami, w ten sposób złowiłam już kilkanaście świetnych pozycji. Romans, Dan Brown, album, romans, Torres, romans... WRÓĆ! TORRES?! I to w dodatku w nienagannym stanie?! Jakiś Scouser musiał dostać tę biografię na ostatnie Święta... Przekonana, że będę musiała zapłacić horrendalną kwotę, poszłam do kasy. Jakież było moje zdziwienie, kiedy po dokładnych oględzinach sprzedawczyni zażyczyła sobie jedynie 2,50 zł. No, Fer, twarzą to ty zarabiać nie będziesz... Kończę ten wpis i zabieram się za czytanie, mimo iż już rzucając okiem na tytuł ostatniego rodziału - I'll never walk alone, poczułam ukłucie w wątrobie...


3 komentarze:

  1. Znam dobrze taką chorobę postudniówkową ;D
    Po pierwsze, Silene Ty Nerdzie ;D Po drugie, masz racje, Torres totalnie nie potrafił odejść z godnością (jak mawiają mądrzy ludzie: mężczyznę poznaje się nie po tym jak zaczyna ale jak kończy...). Btw: widziałaś Torresa w nowej fruzurze na rekruta? Niestety wygląda bosko.

    OdpowiedzUsuń
  2. Właśnie ujrzałam, i przypominają mi się stare, dobre czasy tego: http://i27.tinypic.com/2dtzloh.jpg *if you remember this, you're a fookin' liar*

    OdpowiedzUsuń
  3. Łza się w oku kręci na wspomnienie o tych czasach...

    OdpowiedzUsuń